Portal Finanse Firma Klastry Instytucje Promocja Polityka
Artykuły analityczne
2015/03/09 09:16:15
Zamiast niszczyć komputery, uczmy, jak je obsługiwać

Oprowadzając działacza związkowego po nowej, zautomatyzowanej linii produkcyjnej, Henry Ford II, dyrektor generalny koncernu motoryzacyjnego, zapytał go z uśmiechem: „No, i jak przekonasz te roboty do płacenia składek związkowych?”. W odpowiedzi usłyszał: „Dobrze, Henry. A jak przekonasz te roboty do kupowania twoich samochodów?”.

Nie wiadomo, czy ta rozmowa faktycznie się odbyła, ale świetnie sprawdza się jako kontrargument w dyskusji z przeciwnikami innowacji. Problem bezrobocia technologicznego, czyli zastępowania pracowników maszynami, wcale nie jest nowy. Ba, jego korzenie sięgają początków kapitalizmu i wyimaginowanej postaci Neda Ludda, żyjącego rzekomo na przełomie XVIII i XIX w. w angielskim Leicester. Europa stała wówczas u progu rewolucji przemysłowej i choć dzisiaj historycy oceniają ten okres jako cywilizacyjną dźwignię, nie było to jednak tak oczywiste dla żyjących w tamtych czasach robotników. Wynalezienie maszyn tkackich pozbawiło pracy rzesze społeczeństwa, a dalszy postęp technologiczny postrzegano jako realne zagrożenie dla zatrudnienia. W latach 1811-1817 przez Anglię przetoczyła się fala protestów, w trakcie których robotnicy masowo rozbijali maszyny, żądając powrotu do manualnego tkactwa. W odpowiedzi brytyjski parlament uchwalił prawo, które za niszczenie urządzeń przewidywało karę śmierci. Około 70 luddystów, bo tak nazywano protestujących, zostało powieszonych. Choć z czasem ruch przestał istnieć, sam problem wciąż powraca – dzisiaj podobne slogany, choć w odniesieniu do innych technologii, głoszą neoluddyści.

Więcej technologii = krótszy czas pracy

Przeciwnicy innowacji straszą wizją świata, w którym ludzi zastąpią maszyny, a bezrobocie technologiczne urośnie do rangi głównego problemu globalnego. Problem w tym, że takie przypuszczenia nie są poparte żadnymi twardymi dowodami, a spoglądając dwieście lat wstecz, możemy stwierdzić, że postęp technologiczny się opłacił – to nie zatrudnienie, ale czas pracy uległ redukcji. Na początku XIX w. przeciętny Amerykanin pracował około 70 godzin tygodniowo, sto lat później czas pracy uległ skróceniu o 10 godzin, aby w latach 90. XX w. osiągnąć średnio 40 godzin. Dzisiaj statystyczny Amerykanin przepracowuje w tygodniu zaledwie 33 godziny. Dla porównania w Europie Zachodniej – według danych OECD – czas pracy spada poniżej granicy 30 godzin tygodniowo, najmniej pracują Niemcy i Holendrzy (25), a najwięcej Grecy – prawie 38 godzin.

Warto przywołać raz jeszcze anegdotę o Henrym Fordzie, w której związkowiec przypomina przedsiębiorcy, że gospodarka oparta na konsumpcji potrzebuje… konsumentów. Mało tego, konsumenci powinni mieć wystarczającą ilość zasobów (pieniędzy i czasu), aby móc korzystać z tych dóbr. Jeszcze w latach 30. ubiegłego wieku ekonomista John Maynard Keynes przepowiadał nadejście czasów, w których tygodniowy czas pracy zamknie się w 15 godzinach. Być może wciąż brzmi to dla nas jak mrzonka, ale pamiętajmy, że dla luddystów niszczących maszyny tkackie w XIX w. równie groteskowo brzmiała zapowiedź tygodnia pracy w wymiarze trzydziestu kilku godzin. Jakby tego było mało, niewiele ponad sto lat temu na porządku dziennym było zatrudnianie w fabrykach dzieci w wieku szkolnym, o czym dzisiaj w państwach rozwiniętych nie ma mowy.

Więcej technologii ≠ większe bezrobocie

Koronnym argumentem przeciwników innowacji jest redukcja zatrudnienia i w efekcie wzrost stopy bezrobocia. Jednak odwołując się do historii, trudno dopatrzyć się korelacji rozwoju technologicznego ze wzrostem rozmiaru bezrobocia. Tym razem przyjrzyjmy się danym z Wielkiej Brytanii – według statystyk przytaczanych w artykule „New Estimates of British Unemployment, 1870-1913”, w 1870 r. stopa bezrobocia wynosiła 4,4%, a dzisiaj oscyluje w granicach 6%. Gwałtowne wahania wystąpiły w okresie Wielkiego Kryzysu (w 1932 r. stopa bezrobocia sięgnęła 17%) oraz po II wojnie światowej (odbudowa kraju spowodowała spadek stopy bezrobocia do 1,2% w 1955 r.). Podobnie sytuacja kształtowała się w USA – według autorów artykułu „Unemployment Rates in Post-Bellum America: 1869-1899” w latach 70. XIX w. stopa bezrobocia wynosiła 3,97%, a dzisiaj 5,9%.

Niedowiarki zapewne powtórzą za Markiem Twainem, że „istnieją trzy rodzaje kłamstw: kłamstwa, bezczelne kłamstwa i statystyki”. O ile przytoczone dane potwierdzają, że rewolucja przemysłowa w XIX w. i rozwój technologii w XX w. nie przełożyły się na wzrost bezrobocia, niekoniecznie musi to świadczyć, że komputeryzacja i robotyzacja produkcji również nie wywołają katastrofalnych następstw. Wydaje się, że kluczem do zrozumienia zachodzących zjawisk są dwa wynalazki – komputer i . Publicystka Amy Webb uważa, że o ile dzisiejszy świat jest kształtowany w dużej mierze przez klasę „białych kołnierzyków”, o tyle przyszłość należy do „kapturów”, tak określa informatyków ubierających się w wyciągnięte bluzy i klapki. Steve Jobs i Zuckerberg zdają się potwierdzać kierunek zmian – właśnie wkraczamy w czasy rewolucji software’owej.

W 2011 r. sektor IT w USA zatrudniał ponad półtora miliona ludzi – prawie czterokrotnie więcej niż na początku lat 90. XX w. Co więcej, ostatni kryzys ekonomiczny nie wpłynął negatywnie na zatrudnienie programistów. Mediana rocznych zarobków pracowników tego sektora wyniosła w 2011 r. 51 tys. dolarów rocznie, podczas gdy mediana zarobków ogółem – 26 tys. dolarów. Wyraźnie więc widać, że miejsca pracy powstałe w wyniku informatyzacji są związane z nową i wąską specjalizacją, ponadto są dobrze płatne, a popyt na wykwalifikowanych programistów nie maleje. Sceptycy zarzucą, że sektor IT w USA zatrudnia tylko 1% populacji w wieku produkcyjnym (a w słabo zinformatyzowanych państwach jeszcze mniej), ale zwróćmy uwagę, że firmy powstałe dzięki rozwojowi nowych technologii nie działają tylko w ich granicach. Przykładem może być Amazon, która od początków swojego istnienia (czyli od 1994 r.) prowadziła sprzedaż wyłącznie internetową, dzisiaj zatrudnia ponad 100 tys. pracowników na całym świecie. Paradoksalnie większość z miejsc pracy to niskopłatne stanowiska magazynierów, które można porównać z XIX-wiecznymi pracownikami manufaktur czy XX-wiecznymi robotnikami. Status quo zostało zachowane.

Obok Amazonu można wymienić szereg innych technologicznych korporacji, które w ciągu ostatnich 50 lat utworzyły setki tysięcy miejsc pracy (w nawiasach kolejno: rok założenia i liczba zatrudnionych w 2013 r.) – operatorzy sieci komórkowych AT&T (1983 r., 250 tys.), Verizon (1983 r., 175 tys.) czy Microsoft (1975 r., 100 tys.). Podobnie do Amazonu, większość z nowych miejsc pracy to niskopłatne stanowiska – w przypadku operatorów sieci komórkowych to przede wszystkim sprzedawcy bezpośredni. Świat przyspiesza jednak coraz bardziej – w ostatnich 10 latach powstał nowy sektor aplikacji i tzw. social media, których pionierami są Google, Facebook i Twitter. Co prawda internetowi potentaci stworzyli bezpośrednio niewiele, bo zaledwie kilkadziesiąt tysięcy nowych miejsc pracy, ale to dzięki nim wiele firm i instytucji na całym świecie utworzyło stanowisko social media manager. Warto dodać, że średnia płaca w social media w USA niewiele odbiega od programistów – w 2011 r. mediana zarobków w tym sektorze wyniosła 45 tys. dolarów.

Social media manager wydaje się być dobrym przykładem na to, aby zrozumieć dynamikę zmian. Jeszcze 10 lat temu takie stanowisko pracy nie istniało, a dzisiaj specjalista w tej dziedzinie może liczyć na zarobki porównywalne z programistą. Analogicznie, 50 lat temu praktycznie nie istniał zawód programisty, a od kilkunastu lat jest on jednym z najbardziej pożądanych. Wyraźnie widać, że od lat 90. XX w. nasila się przemieszczanie pracowników do szeroko rozumianego sektora nowych technologii, a rozwój kolejnych technologii powoduje gwałtowną podaż pracy w obszarach, które jeszcze do niedawna nie istniały – social media i aplikacje internetowe są tego najlepszym przykładem. Co więcej, i coraz powszechniejszy dostęp do wiedzy powoduje, że nowe nisze pojawiają się coraz szybciej.

Jedną z nich są tzw. zielone miejsca pracy, czyli zawody związane z sektorem energii odnawialnych. Według twórców raportu „Renewable Energy and Jobs – Annual Review 2014”, w samym tylko 2013 r. w globalnym sektorze OZE powstało 800 tys. nowych miejsc pracy, a łączna liczba zatrudnionych osób sięgnęła 6,5 mln (zob. infografika).

Infografika

Co ciekawe, globalnym liderem są Chiny z ponad dwumilionowym zatrudnieniem, dwa razy mniejszy jest sektor OZE w Unii Europejskiej, a trzecie miejsce na świecie zajmuje Brazylia. Stany Zjednoczone zostały sklasyfikowane dopiero na czwartym miejscu z niewiele ponad półmilionowym rynkiem pracy w tym obszarze. Ponad jedna trzecia globalnego rynku pracy OZE to stanowiska pracy związane z energią solarną – począwszy od naukowców, przez przedsiębiorców, a skończywszy na pracownikach fabryk produkujących panele fotowoltaiczne i firm zajmujących się ich instalacją. Prawie ¼ osób tego sektora zajmuje się biopaliwami płynnymi, a po około 10% udziału mają technologie: wiatrowa i biomasy energetycznej. Mając na względzie szybki rozwój zielonych innowacji i zapowiedzi poszczególnych rządów (np. Arabia Saudyjska do 2032 r. chce w całości pokrywać swoje zapotrzebowanie na energię z OZE), można oczekiwać stworzenia milionów miejsc pracy. Oczywiście odbędzie się to kosztem innych, bardziej tradycyjnych technologii, ale ludzie wciąż mają czas, aby zaadaptować się do zmieniających warunków.

Innowacje = adaptacja

Obserwując zmiany zachodzące w sektorach IT i OZE, można dojść do wniosku, że rzeczywistym problemem nie jest redukcja miejsc pracy, ale zdolność jednostki do adaptacji. Nowe miejsca pracy powstają nieustannie, ale nie powstają one tam, gdzie tego oczekujemy. Generacja rozpoczynająca dzisiaj długoletni proces edukacji powinna być przygotowana, że w przyszłości podejmie pracę, która jeszcze nie istnieje. System edukacji z oczywistych względów nie może wyprzedzać rzeczywistości, ale powinien nieustannie adaptować się do zmieniających się warunków. O ile w dobie książek papierowych posiadanie wiedzy w głowie było dużym atutem, o tyle dzisiaj daje nam to przewagę zaledwie kilkudziesięciu sekund nad kimś, kto skorzysta z komputera i internetu. Większy nacisk powinien być kładziony na kojarzenie pojęć (również tych pozornie odległych od siebie – nazywamy to kreatywnością) i umiejętność dotarcia do właściwego źródła (do tego wymagany jest określony poziom ogólnej wiedzy).

Niszczyć komputery

Drobiazgowa znajomość teoretycznych niuansów jest zbędna, a do tego pochłania olbrzymią ilość czasu i zasobów pamięciowych, które można wykorzystać w inny sposób. Lingwista William C. Hannas w swojej pracy „The Writing on the Wall: How Asian Orthography Curbs Creativity” (tłum. „Pisanie na ścianie: Jak azjatycka pisownia hamuje kreatywność”)tłumaczy niską innowacyjność Chińczyków skomplikowanym językiem, którego nauka tak bardzo absorbuje mózg, że brakuje mu czasu i energii na twórcze myślenie. Na drugim biegunie znajdują się Amerykanie, którzy dość szybko specjalizują się w wąskiej dziedzinie zamiast studiować całe spektrum przedmiotów. Paradoksalnie w popkulturze utarł się stereotyp Amerykanina-ignoranta i Chińczyka-pracusia, choć to USA wciąż jest globalnym innowatorem. Warto również poznać biografie twórców Apple, Microsoftu czy Facebooka – żaden z nich nie skończył studiów, a to oni w dużej mierze kreują rzeczywistość i wyznaczają nowe trendy. Ich największym kapitałem jest kreatywność, która w dobie powszechnego dostępu do wiedzy wydaje się być cechą najbardziej pożądaną przez pracodawców.

Innowacje = biznes

Steve’a Jobsa, Billa Gatesa i Zuckerberga łączy jeszcze jedna cecha – przedsiębiorczość. Każdy z nich potrafił w odpowiedni sposób sprzedać swój produkt. Aby to zrobić, musieli wcześniej wkroczyć w świat biznesu obwarowany dziesiątkami ustaw. Ochrona własności intelektualnej i łatwość prowadzenia biznesu to kluczowe elementy przy podejmowaniu decyzji o założeniu firmy technologicznej. Jako że każda nowa generuje dodatkowe miejsca pracy i przychód do budżetu państwa, rządom powinno zależeć na ułatwianiu tego procesu. Rząd Estonii przedstawił niedawno projekt systemu e-rezydentur, aby zachęcić przedsiębiorców internetowych do przenoszenia i otwierania firm nad Bałtykiem. E-Estończycy z każdego miejsca na świecie będą mogli otworzyć konto w banku, założyć firmę i rozliczyć jej działalność. Choć jeszcze nie została otwarta, w kolejce po e-rezydencję ustawiło się już ponad 4 tys. osób. Dzisiaj otwarcie firmy w Estonii trwa przeciętnie 4 dni, kosztuje 140 euro, a wszystkie formalności można załatwić elektronicznie. W 2011 r. ponad 98% zarejestrowanych spółek zgłoszono drogą internetową. Czas i energia, które oszczędzają w ten sposób przedsiębiorcy, mogą zostać przeznaczone na rozwój technologii i pobudzanie kreatywności.

Według rankingu Bloomberga, najbardziej przyjaznymi miejscami do prowadzenia biznesu w 2014 r. były kolejno: Hongkong, Kanada i USA. W pierwszej 20 znalazło się miejsce dla 13 państw z Europy, a najwyżej, bo na 5. pozycji sklasyfikowano Niemcy. Polski w raporcie Bloomberga nie znajdziemy, dlatego musimy sięgnąć do rankingu Doing Business, który od ponad 10 lat klasyfikuje większość państw świata. W tym roku Polska znalazła się na przyzwoitym 32. miejscu, choć spadła o dwie pozycje w porównaniu z poprzednim zestawieniem. Niepokój budzą składowe ostatecznego wyniku – pod względem rozpoczynania działalności biznesowej jesteśmy na 85. miejscu na świecie (spadek o 5 pozycji), pod względem podatków – na 87. miejscu (spadek o 6), a najgorzej wypadamy, jeśli chodzi o procedury wydawania pozwoleń na budowę – jesteśmy na 137. miejscu (spadek o 2). Przyglądając się bardziej szczegółowym statystykom, zauważymy, że założenie firmy w Polsce zajmuje przeciętnie 30 dni, podczas gdy średni czas w państwach OECD to 9 dni. Równie dużą różnicę widać w rozliczaniu podatków – polski poświęca na to 285 godzin w roku, podczas gdy średnia dla państw OECD wynosi 175 godzin. Zdejmując z przedsiębiorców niepotrzebne obciążenia, dajemy im więcej czasu i pieniędzy na rozwijanie nowych technologii.

Swoją rolę do odegrania mają również sami przedsiębiorcy, którzy mogą pośrednio wpływać na rynek pracy poprzez stosowanie innowacji organizacyjnych w swoich firmach. Reakcją na automatyzację produkcji niekoniecznie musi być redukcja miejsc pracy, ale na przykład przeniesienie pracownika lub przydzielenie mu nowych zadań – taka może w przyszłości zaowocować wynalezieniem nowej technologii, która okaże się jeszcze bardziej opłacalna. W tym wypadku można mówić o zdolności przedsiębiorców do adaptacji. Przykładem firmy, która nie zdołała w porę zaadaptować się do nowych warunków, jest fotograficzny potentat Kodak. musiała ratować się w 2012 r. ogłoszeniem upadłości i głęboką restrukturyzacją.

Innowacje ≠ równość

Co ciekawe, sami przedsiębiorcy pytani o wpływ innowacji na rynek pracy, mają podzielone zdanie. W badaniu „2014 Future of the ”, które przeprowadził amerykański think tank Pew Research Center zadawano pytanie, czy do 2025 r. dzięki technologiom internetowym powstanie, czy ubędzie miejsc pracy. W ramach tworzenia raportu przepytano prawie 2 tys. ekspertów do spraw technologii, m.in. osób decyzyjnych w największych korporacjach (Google i Microsoft), dziennikarzy, naukowców z czołowych amerykańskich uczelni lub pracowników agencji rządowych (NASA). Aż 48% z nich przyznało, że w krótkiej perspektywie czasowej innowacje mogą spowodować redukcję miejsc pracy, a w pierwszej kolejności spadnie zapotrzebowanie na proste prace fizyczne. Zapowiedziami nadchodzących zmian mogą być takie wynalazki, jak inteligentna maszyna do zbierania truskawek czy w pełni zautomatyzowana mleczna farma, która wymaga obecności człowieka zaledwie przez jeden dzień w tygodniu. Inne zawody nie znikną całkowicie, ale zmaleje zapotrzebowanie na nie, np. dziennikarze zaczną być zastępowani przed specjalistów od marketingu, pracownicy uniwersyteccy przez twórców masowych otwartych kursów online (tzw. MOOC), a sprzedawcy bezpośredni przez internetowych. Niektórzy eksperci przewidują, że w dłuższej perspektywie czasowej nastąpi rozrost klasy kreatywnej, z którym sprzężony będzie wzrost nierówności w poziomie życia.

Przewidywania potwierdza analiza Wskaźnika Nierówności Społecznej, czyli indeksu Giniego, wyrażającego nierównomierny rozkład dóbr w społeczeństwie. Drobiazgową analizę można znaleźć w opublikowanym pod koniec 2011 r. przez OECD raporcie „Divided We Stand: Why Inequality Keeps Rising” (tłum. „Jesteśmy podzieleni. Dlaczego nierówności ciągle rosną”). Od 1820 r. globalny wskaźnik Giniego wzrósł z 50 do 68,4 pkt w 2005 r. (dla Polski wyniósł on w 2013 r. – 29,9 pkt, a średnia UE to 30,5 pkt). Jednocześnie odsetek osób żyjących poniżej granicy ubóstwa (za mniej niż 1,25 dolara dziennie) spadł z 85% w 1820 r. do 21% w 2005 r. Michael Förster, jeden z autorów raportu OECD, uważa, że to nierówny dostęp do nowych technologii jest głównym powodem powiększającej się przepaści. Ludzie mający dostęp do technologii mają zarazem lepsze warunki do rozwoju – otrzymują lepsze wykształcenie, szybciej stykają się z innowacjami, a w konsekwencji mają więcej czasu na adaptację.

Współcześni przeciwnicy innowacji nie powinni martwić się o redukcję miejsc pracy. Już sto lat temu Henry Ford zrozumiał, że podwyższając pensje i skracając czas pracy robotnikom zatrudnionym w fabrykach, stwarza on sobie olbrzymi rynek, który wchłonie to, co sam wyprodukuje. W jego interesie leżało zatrudnianie ludzi i umożliwianie im korzystania z wyprodukowanych dóbr. Ta reguła pozostaje niezmienna do dziś. Jednak obserwujemy inne, dużo bardziej niepokojące zjawisko – coraz mniejsza grupa konsumuje coraz większą ilość dóbr. Dlatego powinniśmy zadbać, aby innowacje możliwie jak najszybciej rozprzestrzeniały się po świecie i aby każdy człowiek miał równe szanse w nadążeniu za zmieniającą się rzeczywistością. Pamiętajmy, że to nie innowacje są problemem, ale powszechny dostęp do nowych technologii.

Autor:Małgorzata Remisiewicz 


powrót | do góry | strona główna | kalendarium | regulamin serwisu | pliki cookies | kontakt
Portal jest współfinansowany przez Unię Europejską w ramach środków Europejskiego Funduszu Społecznego.

© 2005-2018 Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości