Portal Finanse Firma Klastry Instytucje Promocja Polityka
Artykuły analityczne
2015/01/30 15:15:43
Brokerzy pomagają w komercjalizacji

Wszyscy mówią o potrzebie nawiązywania współpracy między nauką a biznesem. Aby rzeczywiście zbliżyć oba środowiska, należy przełamać wiele wzajemnych uprzedzeń, zmienić filozofię działania uczelni i przede wszystkim ruszyć się zza biurka. Są już ludzie, którzy aktywnie przerzucają „most” pomiędzy naukowcami i firmami. To brokerzy innowacji.

„Gdy wszyscy wiedzą, że coś jest niemożliwe, przychodzi ktoś, kto o tym nie wie, i robi to” – ta sentencja Alberta Einsteina rzeczywiście się sprawdza. Pewien wykładowca matematyki podzielił się historią ze swojej działalności dydaktycznej. Omawiał ze studentami nierozwiązany problem matematyczny, zapisując na tablicy kilka twierdzeń i pytanie, jak go rozwiązać. Jeden ze studentów znacznie się spóźnił na wykład. Na następne zajęcia przyniósł gotowe rozwiązanie. Okazało się, że potraktował to jak pracę domową. Nawet nie przypuszczał, że przez dziesiątki lat matematycy bezowocnie zmagali się z tym problemem.

Uprzedzenia

Ten paradoks można rozciągnąć na inne dziedziny. Na styku nauki i biznesu od lat panuje bariera zaufania. Ten sam Einstein wypowiedział też słowa, które odizolowały środowisko nauki od innych obszarów życia: „Odmawiam zarabiania pieniędzy na nauce. Mój wieniec laurowy nie jest na sprzedaż jak bele bawełny”. Ten sposób myślenia mocno się odcisnął w mentalności akademików, zwłaszcza w takich krajach jak nasz, gdzie przedsiębiorczość była przez dziesięciolecia podejrzaną dziedziną.

Minęło 25 lat od uwolnienia naszej gospodarki. Świadomość jej znaczenia bardzo się zmieniła. Dziś już upowszechnił się pogląd, że konkurencyjność gospodarki, a zatem popyt na jej usługi i produkty, w dużym stopniu jest uzależniony od wdrażania innowacji i stymulowania zainteresowania nowymi rozwiązaniami. Mimo wzrostu świadomości, obawy i uprzedzenia zostały.

Polska nauka jako ta, która realizuje wiele badań i zgłasza względnie dużą liczbę wynalazków do opatentowania, ma duży potencjał rozwojowy i może być silnym partnerem dla krajowych przedsiębiorstw. Tak jak to się dzieje w USA i wielu innych innowacyjnych gospodarkach. Pamiętajmy jednak, że liczba zgłoszeń ma wprawdzie wpływ na pozycję uczelni i naukowca w rankingach, jednakże nie musi mieć przełożenia na odpowiednie wdrożenia do praktyki gospodarczej. A – jak głosi twierdzenie Josepha A. Schumpetera sprzed 100 laty – jeśli wynalazki nie są wykorzystane w praktyce, niewiele znaczą z punktu widzenia gospodarki.

Patenty i finansowanie prac B+R

Pod względem patentowania instytucje nauki są w Polsce bardziej aktywne niż firmy. Struktura zgłoszeń znacznie odbiega od tej, która utrwaliła się w najbardziej innowacyjnych gospodarkach, jak USA, Japonia czy Wielka Brytania. U nas uczelnie i państwowe instytucje badawcze dokonują 48% zgłoszeń, na świecie – ok. 8%. Bardziej opłaca się patentować w procedurze międzynarodowej bądź europejskiej. Ochrona rozwiązań na rynkach zagranicznych zapewnia większe wpływy i uniemożliwia podmiotom zagranicznym rozwiązań i czerpanie z nich korzyści.

Jak dowodziła Justyna Cięgotura, ekspert w zakresie transferu technologii, w artykule opublikowanym w PI, „nie ma (…) sensu inwestowanie w coś, co chronione jest na małym terytorium (jak na przykład Polska), gdy konkurencjapoza krajem może daną technologię użytkować (produkować, sprzedawać, modyfikować) bez żadnych opłat i ograniczeń. Dlatego też priorytetem musi być wyjście naprzeciw podmiotom inwestującym we własność intelektualną i zaoferowanie portfela patentowego o silnej wartości rynkowej, głównie składającego się ze zgłoszeń w trybie EPC lub ”.

Tu jednakże struktura zgłoszeń również przemawia na niekorzyść sektora komercyjnego, ponieważ firmy składają jedynie 34% spośród wszystkich polskich wniosków o w trybie międzynarodowym. Na świecie udział przedsiębiorstw we wnioskach wynosi 84%. Dominują oczywiście duże międzynarodowe koncerny, jak ZTE Corporation czy Samsung. W Polsce największy udział w tworzeniu PKB ma sektor małych i średnich przedsiębiorstw, który cechuje się niską innowacyjnością i niewielkim potencjałem do prowadzenia prac B+R.

Przewaga aktywności sektora naukowego sprawia, że polska gospodarka nie jest w stanie wchłonąć rodzimych technologii, które nie przeszły jeszcze etapu B+R. I wciąż – mimo dużych funduszy na rozbudzenie innowacyjności – zajmujemy ostatnie pozycje w zestawieniu Innovation Scoreboard. Jak dowodzą eksperci z firmy doradczej Crido Taxand, „dochodzi do absurdalnych sytuacji, że naukowcy sprzedają opracowane rozwiązania za granicę za pozornie nie najgorsze pieniądze. Ale potem korzystające z nich obce firmy odsprzedają technologię polskim przedsiębiorcom” (zob.: „Polskie firmy nie chronią swoich wynalazków poza granicami kraju”).

Pożądane jest, by prace badawczo-rozwojowe były finansowane w większym stopniu przez firmy. Wzmocniłoby to współpracę między biznesem i nauką. W Polsce nadal prace te w ponad 54% finansowane są ze środków publicznych, a tylko w 43,6% przez przedsiębiorców (dane GUS za 2013 r.). Mimo wciąż niekorzystnej struktury nakładów na B+R, od kilku lat stale wzrasta zaangażowanie firm w prace badawcze i rozwojowe (zob. infografika). Jest to korzystny trend. Jak dowodzą eksperci z firmy Deloitte, wskaźniki wyglądałyby lepiej, gdyby w Polsce prócz systemu dotacji istniała ulga podatkowa na B+R (wnioski z raportu „Corporate R&D Report 2014”).

Infografika

Od lat mówimy o współpracy biznesu i nauki, transferze technologii oraz komercjalizacji prac badawczo-rozwojowych. Wyraźnie brakuje ogniwa łączącego te dwa światy. W krajach rozwiniętych świetnie działają centra transferu technologii, które zaczęły powstawać w latach 60. ubiegłego wieku. W Polsce w ciągu ostatnich 20 lat powstało ich ok. 70 (por. mapa CTT). Jednakże obok rozwiązań instytucjonalnych istotne jest przygotowanie ludzi, którzy powinni się zajmować wyszukiwaniem najciekawszych technologii i tworzeniem dla nich ścieżki komercjalizacji. Taką rolę mają do odegrania funkcjonujący w krajach zachodnich brokerzy technologii czy też szerzej – brokerzy innowacji. I to oni mogliby wypełnić lukę w polskim systemie komercjalizacji.

Nowatorski program

Diagnoza barier między nauką i biznesem doprowadziła do uruchomienia przez Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego specjalnego programu „Brokerzy Innowacji”, na którego realizację przeznaczono 6,5 mln zł. We wrześniu 2013 r. wyłoniono 30 laureatów I edycji konkursu na brokera. Ówczesna minister nauki i szkolnictwa wyższego prof. Barbara Kudrycka mówiła: „Przed państwem trudne i ważne zadanie. Będziecie odpowiedzialni nie tylko za poprawę relacji nauki z biznesem, ale także za aktywizację kadry akademickiej w dziedzinach, które składają się na tzw. innowacyjność, czyli reagowanie na potrzeby przemysłu, zgłoszenia patentowe, zakładanie spółek celowych”.

Wybrani w I edycji programu brokerzy reprezentują 20 uczelni, głównie technicznych. Prawie połowa z nich to laureaci prestiżowego programu TOP 500 Innovators, mający za sobą praktyki w zakresie komercjalizacji wyników badań na uczelniach i w przedsiębiorstwach ze światowej czołówki. Teraz do ich zadań należy inicjowanie procesu komercjalizacji wyników badań naukowych, pomoc w zakładaniu spółek typu oraz przy zawieraniu umów licencyjnych. Brokerzy innowacji organizują spotkania przedsiębiorców z naukowcami, a także przygotowują portfolio projektów badawczych o wysokim potencjale komercyjnym. Do tej roli pozwalają im się przygotować intensywne szkolenia organizowane przez MNiSW.

Z informacji przekazanych przez MNiSW wynika, że w rezultacie działań podejmowanych przez brokerów do grudnia 2014 r. podpisano sześć umów licencyjnych oraz utworzono trzy spółki typu . Umowy licencyjne dotyczą rozwiązań wypracowanych na Uniwersytecie Technologiczno-Przyrodniczym w Bydgoszczy oraz politechnikach Łódzkiej, Śląskiej i Poznańskiej. Natomiast wspomniane spółki zostały założone przez naukowców Politechniki Śląskiej, Wyższej Szkoły Informatyki i Zarządzania w Rzeszowie oraz Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie.

Brokerzy doprowadzili też m.in. do zawarcia umów sprzedaży praw własności do wynalazku objętego zgłoszeniem patentowym oraz umów o poufności ów, o współpracę w ramach Vouchera badawczego, o powiązaniu kooperacyjnym, o wykonanie usług badawczych, o współpracę badawczo-rozwojową, komercjalizacji technologii przetwarzania danych geograficznych z zastosowaniem statystyki przestrzennej, o przeniesienie autorskich praw majątkowych. Od brokerów wiemy, że kolejne transakcje są w fazie przygotowań i realizacji. Wymierne efekty ich działalności poznamy pod koniec 2015 r.

Przełamywanie barier

Broker innowacji powinien wypełnić lukę w komunikacji między naukowcami a przedsiębiorcami. Obie strony podchodzą do siebie nieufnie, co wynika z wzajemnego niezrozumienia sposobu działania. Naukowcy obawiają się ujawnienia wynalazku podczas rozmów z przedstawicielami firm zainteresowanych zakupem technologii, utraty wpływu na „losy wynalazku” i niewłaściwego wykorzystania idei innowacji. Firmy niepokoją się, że zostanie ujawniony poprzez publikację lub nieroztropną promocję. Boją się również sytuacji, że pomysłodawca przestanie się angażować w udoskonalanie rozwiązań powstałych na bazie wynalazku.

– Nieufność do procesu komercjalizacji wydaje się większa po stronie naukowców. Wynika to z częstych niepowodzeń w kontaktach z przedstawicielami firm, ale niekoniecznie z doświadczeń własnych naukowców. Cudze doświadczenia często działają jak „odstraszacz” – mówi dr Karolina Czarnecka, broker innowacji z Wydziału Lekarskiego Uniwersytetu Medycznego w Łodzi. Przykładowo, przedsiębiorcy zapominają, że wyniki badań to rezultat pracy grupy i na spotkania zapraszają głównego twórcę (np. profesora), pomijając współpracowników. Profesor nie chce podejmować zobowiązań bez konsultacji i ze spotkania nic nie wychodzi. Czasem dzieje się na odwrót – profesor, nie chcąc stracić nawiązanego kontaktu z firmą, zobowiązuje się do wykonania dodatkowych badań bez konsultacji z resztą zespołu. I pojawiają się opóźnienia, bo nie ustalono, kto za to ma zapłacić.

, która nie chce patentować swojego rozwiązania, a chciałaby je chronić jako swoje , musi zaufać badaczom, którym zamierza zlecić prace. Badaczom zależy z kolei na publikacjach prowadzonych przez siebie prac. Jak pogodzić te dwie perspektywy? – Można zezwolić na publikację z pewnym opóźnieniem, można publikować część wyników, bez ujawniania istoty wdrażanego produktu. Jednak naukowcy muszą odpowiedzieć sobie na pytanie, czy zależy im na ochronie swojej wiedzy, wdrożeniu i zysku, czy na przekazaniu tego do domeny publicznej, uznaniu środowiska naukowego, publikacji, punktach. Ważne jest uświadomienie sobie, że opublikowanie np. formuły rewolucyjnego leku (udostępnienie jej wszystkim bez ochrony patentowej) najpewniej nie pomoże nikomu, gdyż nigdy nie zostanie wprowadzony – tłumaczy Justyna Bazan, broker innowacji na Wydziale Nauk o Zdrowiu Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu (UMW). Problem można też przezwyciężyć poprzez wprowadzenie formalnych ograniczeń. – Wszystko zależy od właściwie sporządzonej umowy. Nie jest to kwestia zaufania. posiadająca ważne dla niej nie może pozwolić sobie na to, że je straci. Dlatego właściwe zapisy w umowie, w tym kary, są tu szczególnie istotne. Obie strony muszą podchodzić do tych zobowiązań poważnie – dodaje Justyna Bazan.

Efektywniej z brokerem

Wśród polskich instytucji naukowych wciąż dominuje stary, nieefektywny wypracowywania innowacji. W skrócie działa on tak: instytucja badawcza pracuje nad rozwiązaniem wybranego przez siebie problemu, nie sprawdzając w żaden sposób zapotrzebowania. Następnie wystawia ofertę na sprzedaż i czeka aż zgłosi się inwestor. Ten najczęściej się nie zgłasza.

Jak zatem powinien wyglądać efektywny mechanizm wdrażania wyników prac B+R do praktyki? – Po pierwsze, żaden zespół nie powinien rozpoczynać prac nad danym tematem, jeśli wcześniej nie sprawdzi stanu techniki – podkreśla Justyna Bazan. Niestety, często bywa tak, że powiela się prace nad badaną tematyką. Zespoły naukowe nie są w stanie samodzielnie przeprowadzić analizy rynkowej i patentowej. Nie znają narzędzi i zwykle podczas tworzenia wniosków grantowych brakuje im na to czasu. – Najlepszym rozwiązaniem zapewniającym wdrożenie jest prowadzenie prac w odpowiedzi na zdefiniowane zapotrzebowanie rynkowe, we współpracy z późniejszym odbiorcą technologii. Warto też już na wczesnym etapie badań poszukiwać odbiorcy (nie czekać aż sam się pojawi), także po to, by ewentualnie mieć możliwość wprowadzenia zmian w projekcie, które ułatwią dalszą komercjalizację – wyjaśnia Justyna Bazan. 

Broker innowacji to nowy zawód na polskim rynku, dlatego istotne jest uświadamianie naukowcom i przedsiębiorcom, kim jest i czego mogą od niego oczekiwać. Pierwsze reakcje są pozytywne. – Przedsiębiorcy w większości są zadowoleni, że jest ktoś, kto może im pomóc w negocjacjach z uczelnią, kto rozumie potrzeby i wymagania obu stron. Naukowcy uczą się z kolei, że jest ktoś, kto może im pomóc w wykonaniu części prac, które dotychczas musieli robić sami – mówi Justyna Bazan. A jakie przymioty powinien mieć broker, w czym powinien być dobry? – Komunikowanie, przekonywanie, uspakajanie, zachęcanie, reklamowanie, tłumaczenie, słuchanie, czytanie ze zrozumieniem i pisanie prostych wiadomości. I nie jest to żart! Należy umiejętnie słuchać i prowadzić rozmowy, aby zwiększyć poziom zrozumienia pomiędzy przedstawicielem nauki i biznesu – wymienia dr Czarnecka.

Foto

Efekty nie przychodzą łatwo. Czasem od pomysłu do wdrożenia innowacji mija 10 lat. Trudności leżą po stronie zarządzania projektem, przestrzegania harmonogramu, pozyskania funduszy, a także zapewnienia właściwej ochrony na rynkach międzynarodowych, tworzenia silnych ów. – W moim odczuciu jednym z największych problemów nadal jest brak pieniędzy. Ale nie na badania naukowe, czy na inwestycje w spółki technologiczne. Na te cele stale zwiększane są nakłady finansowe państwa, jak również biznesu. Brakuje natomiast środków na fazę , czyli niewielkich kwot na tworzenie prototypów lub wykonanie badań przedwdrożeniowych. Paradoksalnie łatwiej jest w naszym kraju zdobyć kilkaset tysięcy lub kilka milionów złotych na dobry projekt naukowy lub podobne pieniądze na rozwijanie spółki technologicznej niż kilkadziesiąt tysięcy złotych na wykonanie prostego prototypu – uważa Dariusz Kołoda, broker innowacji z Wydziału Chemii Uniwersytetu Warszawskiego.Wymienia też inne bariery m.in.: biurokrację i nieefektywność administracji na uczelniach, brak rozwiązań prawnych czy podatkowych sprzyjających zakładaniu spółek technologicznych, niekorzystne prawo zamówień publicznych.

Według brokerów, kluczowym etapem jest dokonanie właściwej wyceny własności intelektualnej. Procedury komplikuje brak szczegółowych regulaminów określających zasady udziału studentów i doktorantów w projektach grantowych, podziału praw majątkowych do uzyskanych przez nich wyników. – Dziś na większość etapów prac zmierzających do wdrożenia można uzyskać wsparcie finansowe, dlatego ten problem jest coraz mniej istotny. Trudniejsze jest to, że przed przystąpieniem do badań często nie spisuje się umów określających wartość wniesionego wkładu, udziałów członków zespołu w wynikach i zyskach. Stwarza to dodatkowe problemy w momencie przystępowania do sprzedaży – wyjaśnia Justyna Bazan.

Szybciej z firmą?

Na uczelniach i w instytucjach badawczych naukowcy pracują zarówno nad własnymi pomysłami, jak i rozwijają technologie pochodzące z przemysłu. Która droga jest łatwiejsza: komercjalizacja wyników prac B+R zainicjowanych przez uczelnię czy komercjalizacja wyników prac B+R zleconych przez firmę?

– Komercjalizacja prac realizowanych na zlecenie jest dużo łatwiejsza, gdyż od samego początku prace mają odbiorcę. Nie ma też problemu z wyceną, określeniem wkładu, konstrukcją umów, gdyż wszystko jest na początku ustalone. Prace prowadzone są zgodnie z wymogami zleceniodawcy, naukowcy muszą przestrzegać jego zaleceń i trzymać się harmonogramu. Z doświadczenia wiem, że prace realizowane dla przedsiębiorstwa są często gotowe szybciej, bo naukowiec dostosowuje się do rytmu pracy firmy – tłumaczy Justyna Bazan. W pracach realizowanych na uczelni to samo zadanie trwa dłużej, bo naukowcy obciążeni są dydaktyką i innymi obowiązkami, dlatego nie mogą w danym dniu w 100% poświęcić się pracy naukowej. Choć wszystko zależy od specyfiki uczelni i zasad tam panujących. – Przedstawiono mi kiedyś ciekawy funkcjonujący w jednym instytucie zagranicznym – 1/3 roku naukowiec spędza tylko na pracy badawczej, 1/3 tylko na dydaktyce i 1/3 tylko na pracach organizacyjnych, tworzeniu publikacji itp. Ale zawsze w 100% poświęca się danej pracy. Osiąga wtedy dużo lepsze efekty – dodaje pani Justyna. 

Z kolei Dariusz Kołoda uważa, że żadna z dróg nie jest łatwa, bo ani polski biznes, ani tym bardziej polskie uczelnie nie mają wielkich doświadczeń w tego typu działalności i dopiero uczą się komercjalizować wynalazki. – Mamy wiele braków w tym zakresie, ale też wiele się zmienia. I to na lepsze! Co prawda nie ma żadnych wiarygodnych statystyk, ale z doświadczenia mogę powiedzieć, że na razie bardziej powszechna jest komercjalizacja wynalazków powstałych na uczelniach. Coraz więcej polskich firm jest zainteresowanych współpracą z uczelniami i zlecaniem badań naukowych. Aby stało się to powszechne, potrzeba jeszcze trochę czasu oraz przede wszystkim zachęt ze strony państwa – wyjaśnia broker.

Wymiana doświadczeń

Brokerzy, również Ci, którzy nie chcieli publikować swych odpowiedzi, podkreślali, że istotne jest dzielenie się także negatywnymi doświadczeniami z komercjalizacji. To pomogłoby uniknąć powielania popełnionych już przez kogoś błędów. Istotne jest też znoszenie barier na samych uczelniach. – kariery naukowej w Polsce w ogóle nie uwzględnia się dorobku aplikacyjnego pracownika uczelni. Gdyby naukowcy nie musieli być tak mocno skupieni na publikowaniu, lecz mieli możliwość awansu zawodowego na podstawie osiągnięć w transferze technologii (tak jak to jest np. w Niemczech), to wszystkim byłoby znacznie łatwiej – zwraca uwagę Dariusz Kołoda. Środowiska młodych naukowców i innowatorów, takie jak ruch Obywateli Nauki czy Stowarzyszenie Top500 Innovators, których członkiem jest Dariusz Kołoda, pracują nad propozycjami systemowymi w tym zakresie. Trzeba będzie jeszcze przekonać do nich świat nauki i decydentów.

Zdaniem brokerów ważne jest również zrozumienie, jak przebiega proces komercjalizacji. W skrócie z pozycji naukowca wygląda on tak: zaczyna się od identyfikacji atrakcyjnych obszarów badań naukowych, których wyniki można aplikować. Następnie należy zapewnić ochronę patentową dla ciekawych rozwiązań. Potem przychodzi czas na budowanie prototypów i wykonywanie badań przedwdrożeniowych. Wszystkie te etapy wymagają czasu i nakładów finansowych, których większość uczelni nie jest gotowa ponosić. Warto tutaj przytoczyć przykład spółki ISIS założonej na Oxford University. Władze uczelni co roku inwestowały w nią miliony funtów, by dopiero po 6 latach zacząć zarabiać na procesie komercjalizacji. Dziś spółka zapewnia uniwersytetowi bardzo duże przychody.

W Dolinie Krzemowej nikt nie ma wątpliwości, że współpraca z nauką popłaca – globalne firmy technologiczne ściśle współpracują tam z czołowymi uczelniami, którym zlecają badania za miliony dolarów rocznie. Amerykańskie uniwersytety potrafią też komercjalizować własne obiecujące pomysły. Na Stanford University pomaga w tym jednostka zajmująca się wyceną i transferem technologii oraz biuro patentowe zatrudniające prawników. Problemu nie stanowi tworzenie spółek odpryskowych na bazie wypracowanych na uniwersytecie technologii – uczelnia standardowo obejmuje 20% udziałów w nowej firmie. Zyski z nowego przedsięwzięcia wzbogacają budżet uniwersytetu. W Polsce regulaminy komercjalizacji niby są, ale nie wszędzie działają. 

W 2013 r. Stanford University poprzez swoje biuro zawarło 103 nowe umowy licencyjne. Z tantiem od tych umów licencyjnych dotyczących 622 technologii uzyskano 87 mln dolarów brutto. Sześć spośród nich przynosi rocznie przychody w wysokości co najmniej 1 mln dolarów. Uczelnia objęła udziały w ponad 160 spółkach na mocy umów licencyjnych. Ze sprzedaży udziałów uniwersytet zarobił milion dolarów (zob. raport za 2013 r. Stanford University of Technology Licensing). Przychody są reinwestowane w działalność dydaktyczną i B+R. Kiedy nasze uczelnie zaczną zarabiać na swoich wynalazkach?

– Jeśli nasze uczelnie chcą odnosić sukcesy w komercjalizacji wynalazków, muszą zacząć inwestować w ten proces, w profesjonalizację swoich kadr, w zakup najlepszych jakościowo (a nie najtańszych) usług doradczych. Tylko w ten sposób ma szansę stać się bardziej efektywny. Bo wspaniałe technologie i naukowcy gotowi do współpracy z biznesem są na każdej uczelni, trzeba tylko się nimi odpowiednio zająć – konkluduje Dariusz Kołoda.

Rośnie świadomość i wiedza, jak pokonywać bariery we współpracy biznesu i nauki. Ważne, że problemu nie próbujemy znowu rozwiązać zza biurka. Działalność brokerów innowacji pozwala przetrzeć nowe ścieżki – dzięki nim, jak w aporii Einsteina, „niemożliwe” staje się „możliwe”.

Aktualizacja w dniu 9.02.2015 godz. 14:25

Autor:Jerzy Gontarz 


powrót | do góry | strona główna | kalendarium | regulamin serwisu | pliki cookies | kontakt
Portal jest współfinansowany przez Unię Europejską w ramach środków Europejskiego Funduszu Społecznego.

© 2005-2018 Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości