Portal Finanse Firma Klastry Instytucje Promocja Polityka
Artykuły analityczne
2015/03/03 09:50:17
Dokąd zmierza „ rzeczy”

Współczesny człowiek zostawia po sobie wiele śladów, a coraz więcej z nich ma postać bitów. Sami o sobie tworzymy banki danych, budujemy swój internetowy autoportret, pokazując kim i jacy jesteśmy. Tożsamość i , wystawione na tej „elektronicznej agorze”, przestają być naszą prywatną własnością, a stają się rodzajem nowej waluty. Jak do tego doszło, co za nią kupujemy i jakie są tych transakcji?

Narodziny cyfrowego świata

Znaczenie technologii, zwłaszcza tych przełomowych, daleko wykracza poza kwestie czysto techniczne. Innymi słowy, ma swój społeczny wymiar i jest tym bardziej rewolucyjna, im mocniej i głębiej przekształca istniejący świat, redefiniuje obowiązujące zasady, zmienia sposób funkcjonowania człowieka. Odwołując się do koncepcji Marshalla McLuhana, można powiedzieć, że mamy do czynienia z determinizmem technologicznym. W tym ujęciu upodabnia się do sił natury – daje człowiekowi środowisko do życia. I tak jak nie potrafimy w pełni zapanować nad naturą, tak nie kontrolujemy całkowicie technologii, chociaż sami ją tworzymy.

Internet rzeczy

Kolejne rozwiązania techniczne powstają po to, by zaspokoić potrzeby człowieka, mają charakter przedmiotowy i służebny. Jak przekonuje McLuhan, w rzeczywistości jednak zyskuje autonomię i podmiotowość, stając się w konsekwencji czynnikiem determinującym to, jak żyjemy, pracujemy, bawimy się, kontaktujemy z innymi itd. Zamiast tylko służyć, aktywnie kształtuje nasz świat i nas samych. Jeżeli taką moc miały stosunkowo proste technologie, takie jak telegraf czy później komunikacja telefoniczna, to jaka siła drzemie w internecie? Odpowiedź, chociaż jeszcze niepełna, już jest widoczna. O ile rewolucyjny charakter dawnych technologii polegał na umożliwieniu człowiekowi zasiedlenia dotychczasowej przestrzeni, czy też zawładnięcia nią, o tyle buduje zupełnie nową rzeczywistość – świat cyfrowy. Kolej czy samochód pomogły nam opanować fizyczną przestrzeń w wymiarze kontynentu, samolot udostępnił nam całą planetę, rakieta kosmiczna poszerzyła nasz świat o kosmos. Idąc tym tropem, można powiedzieć, że jest wehikułem, który zabiera nas nie tyle dalej lub wyżej, co raczej zupełnie gdzie indziej. Przenosi nas i nasze życie do nieznanego wcześniejszym pokoleniom wymiaru – cyberrzeczywistości.

Wyrazem tej zmiany jest chociażby ewolucja sposobu, w który konsumujemy treści kultury. Szacuje się, że liczba papierowych książek sprzedawanych rocznie w Polsce za 5-6 lat będzie mniejsza niż liczba sprzedawanych e-booków. Do lamusa odchodzą również tradycyjne albumy muzyczne, ponieważ nowe pokolenia, korzystające z cyfrowych narzędzi odsłuchiwania muzyki, preferują ściąganie z sieci konkretnych, pojedynczych piosenek, a nie całych płyt. Powstanie cyfrowego świata, poza wpływem na nasze indywidualne zachowania i postawy jako konsumentów, odbiorców treści, doprowadziło również do głębokich zmian w sferze gospodarki, ekonomii, na rynkach finansowych. Zmieniła się treść transakcji (informacja jako główny produkt i towar) oraz ich kontekst sytuacyjny (bezpośredni kontakt między sprzedającym a kupującym coraz częściej staje się kontaktem zapośredniczonym za pomocą technologii teleinformatycznych. W ten sposób powstał e-commerce, a w szerszej perspektywie e-business.

Cyfrowy świat jest więc przestrzenią zupełnie nową, odmienną od rzeczywistości analogowej. Można wskazać wiele elementów, które tworzą jego zręby i decydują o specyfice. Podstawą jest oczywiście informatyczna i jej upowszechnienie się. Do cyberrzeczywistości – przynajmniej na obecnym etapie jej rozwoju – trzeba się po prostu zalogować, a niezbędnym do tego narzędziem jest sprzęt (komputer, laptop, tablet, smartfon, smartwatch) podłączony do internetu. To, co najciekawsze, nie dotyczy jednak hardware’u, lecz aspektów pozatechnicznych. nadaje cyberprzestrzeni architekturę, która tworzy nowe warunki do życia i aktywności zawodowych, edukacyjnych, towarzyskich, co z kolei przekłada się na zmianę społecznych zachowań i nawyków. Pozdrowienia z wakacji coraz rzadziej mają formę tradycyjnej pocztówki, ponieważ zastępują ją posty na portalach społecznościowych. Nowoczesne telefony podłączone do internetu służą do znacznie większej liczby zadań niż tylko prowadzenie rozmów. Coraz chętniej dzielimy się własnymi przemyśleniami i spostrzeżeniami, czego wyrazem jest chociażby wzrost liczby użytkowników Twittera. Co więcej, rośnie liczba urządzeń, za pomocą których oglądamy rzeczywistość zewnętrzną (np. Google Glass) i zaglądamy do własnego wnętrza (wszelkiego rodzaju wearables, czyli bransoletki, inteligentne zegarki, czytniki, które mieszczą nasze życiowe parametry). Tym samym zmienia nasze zdolności percepcyjne – sposób postrzegania świata i jego analizowania. Cyfrowy świat jest naturalnym środowiskiem życia nowego gatunku człowieka – homo electronics lub, jak piszą inni,digital natives. Cyberprzestrzeń posiada własny język (emotikony, „ćwierkanie”, hasztagi), kulturę (netykieta), a także walutę (bitcoin). Najważniejszym składnikiem, swoistą cząstką elementarną tego świata są jednak bity, czyli cyfrowo zapisane dane i informacje. Nie bez powodu cyfrowy świat nazywa się globalną siecią informacyjną.

„Big Data”

Podstawową materią cyfrowego świata jest informacja. Jak podaje „Gazeta Prawnaza raportem Harvard Business Review Polska „Big Data: Przełom w zarządzaniu firmą”, każdego dnia ponad 3 mld indywidualnych internautów i instytucjonalnych użytkowników sieci generuje niezliczoną liczbę danych. Tylko jedna amerykańska sieć sklepów Walmart gromadzi co godzinę ponad 2,5 PB (petabajtów) danych o transakcjach swoich ów. Żeby zrozumieć ogrom tych zasobów, wystarczy powiedzieć, że 1 PB to ok. 20 mln szafek wypełnionych dokumentami. Nic dziwnego, że w skali globalnej dzisiejsza ilość danych przepływająca przez serwery w każdej sekundzie jest większa niż wszystko to, co było zmagazynowane w internetowych zasobach 20 lat temu. Ludzkość, przenosząc coraz więcej aktywności do cyfrowego świata, jeszcze nigdy nie tworzyła informacji tak szybko, w tak masowy i wręcz kompulsywny sposób.

Nie byłoby „Big Data” bez powszechnej digitalizacji, której źródłem jest rosnąca liczba urządzeń podłączonych do internetu. Homo electronics w codziennym życiu posługuje się wieloma rodzajami sprzętów i elektronicznych gadżetów z dostępem do sieci. Infrastruktura internetowa jest tak gęsta, że nawet ci, którzy chcieliby poruszać się bez pozostawiania za sobą cyfrowych śladów, nie mają na to szans.

Infografika 1

Źródłem zasobów „Big Data” są nie tylko tradycyjne narzędzia komunikacji internetowej – komputery, laptopy, smartfony – ale także przedmioty codziennego użytku: karty płatnicze (pokazują, co, gdzie, kiedy i za ile kupujemy), bramki autostradowe i miejski monitoring (gdzie i jak jeździmy), gadżety mierzące parametry fizjologiczne podczas aktywności fizycznej (zapisują stan naszego zdrowia) itd. Tym, do czego zmierzamy, jest „ rzeczy”, który spowoduje, że obecne ilości wytwarzanych, przechowywanych i transferowanych w cyfrowym świecie danych przestaną być postrzegane jako ocean informacji, a staną się zaledwie jego niewielką kroplą. Komunikujące się ze sobą urządzenia w praktyce będą oznaczać kolejną internetową rewolucję. Po pionierskiej erze Web 1.0 ( stacjonarny) i obecnie trwającym etapie Web 2.0 ( mobilny) przyszłość, i to w perspektywie kilku-kilkunastu lat, będzie należeć do Web 3.0, czyli „internetu rzeczy”. Związany z tym etapem rozwoju postęp (miniaturyzacja urządzeń hardware’owych i rozwój aplikacji, czyli rozwiązań software’owych) spowoduje, że stanie się wszechobecny, co przełoży się na uproszczenie wielu codziennych czynności (np. zakupów), stworzy nowe możliwości rozwoju medycyny (np. telemedycna), energetyki (np. Smart Grid) czy transportu (np. „connected car”).

Informatyczna infrastruktura w postaci oplatającej nas sieci, połączonych z internetem obiektów jest wprawdzie niezbędna do tworzenia wielkich zbiorów danych, ale nie oznacza to, że jest również wystarczająca. „Big Data” oprócz aspektu technologicznego ma bowiem nie mniej istotny wymiar społeczny. Cyfrowy świat zmienił nasz stosunek do prywatności, a jedną z codziennych praktyk jest jej ograniczanie, pozbywanie się kawałek po kawałku – częściowo świadome, częściowo nieświadome.

Paradoks prywatności

Cyfrowy świat to przestrzeń, w której każdy pozostawia swój cyfrowy ślad. Odtworzenie historii przeglądanych witryn, poznanie upodobań i preferencji internautów dzięki nowoczesnej technologii nie jest trudne. Nie mniej istotne są jednak nasze wewnętrzne granice, które sami sobie ustawiamy. W cyberprzestrzeni ulegają one znacznemu przesunięciu, jesteśmy o sobie skłonni powiedzieć dużo więcej niż w „realu”. Przeciętny internauta chętnie zamieszcza w sieci prywatne zdjęcia, filmy z wakacji, dzieli się tym, jak wygląda, gdzie był, co zobaczył i pomyślał. Rezygnacja z dużej dozy własnej prywatności jest wypadkową potrzeby autokreacji i niewiedzy, o czym przekonująco piszą Mirek Fliciak i Alek Tarkowski. Zwłaszcza młodsze pokolenia, generacje Y czy Z, dla których cyfrowy świat jest naturalnym środowiskiem życia, nie mają oporów przed ujawnianiem o sobie wielu danych i informacji.

Kluczową rolę w przesunięciu granic prywatności odegrało powstanie mediów społecznościowych: Facebook (a w Polsce także NK czy Grono), YouTube, Google+, Twitter, blogi i podcasty. Tym, co je łączy, jest nie tyle fakt skomunikowania z globalną siecią komputerową, co ich społeczny charakter, umożliwienie użytkownikom tworzenia społeczności i wchodzenia między sobą w interakcje, przy równoczesnym zachowaniu poczucia odrębności i wyjątkowości każdego z członków takiej społeczności. Media społecznościowe, dając zatem poczucie wspólnoty budowanej w oparciu o dowolnie wybrane kryterium (pokrewieństwa, przyjaźni, wspólnych interesów, zainteresowań, relacji damsko-męskich, podobnych przekonań, wiedzy i prestiżu itp.), pozwalają zaakcentować własny indywidualizm. To właśnie powoduje, że są na tyle atrakcyjne, iż większość ludzi jest skłonna poświęcić sporą część własnej prywatności, by w nich zaistnieć. Potrzeba bycia online w wirtualnym świecie – poza rozwojem technologicznych możliwości i działaniem coraz doskonalszych algorytmów – czyni system „Big Data” jeszcze większym. Sprzyja temu bez wątpienia rozwój mobilnego internetu (Web 2.0), ale nie bez znaczenia jest również gotowość internautów do dzielenia się informacjami, a w dużej mierze także własną prywatnością.

Kapitał cyfrowej tożsamości

Aktywność w zdygitalizowanym świecie, w tym w szczególności w mediach społecznościowych, tworzy naszą cyfrową tożsamość, i reputację. W XXI w. stają się one cennym kapitałem, który znajduje zastosowanie w gospodarce czy na rynku pracy. To, co robimy w rzeczywistości wirtualnej, coraz częściej ma poważne konsekwencje dla naszego codziennego życia. W 2010 r. świat obiegła informacja o zwolnieniu pracowników dużej korporacji konsultingowej we Francji z powodu zamieszczenia przez nich wpisów na ich prywatnych profilach facebookowych. Wpisy dotyczyły pracodawcy i, jak łatwo się domyślić, miały krytyczny, by nie powiedzieć obraźliwy charakter. O ich istnieniu dowiedziała się za sprawą „życzliwego” kolegi, który należał do grona znajomych autorów wpisów. zwolnił pracowników, a prawomocność tej decyzji podtrzymał sąd. Zgodnie z jego orzeczeniem, wszystkie wpisy na internetowych portalach społecznościowych należy traktować jako publiczne publikacje, nawet wtedy gdy dostęp do nich ma tylko grupa przyjaciół. Po 4 latach od tej sprawy podobne przypadki już nawet przestają dziwić i zaskakiwać. Wpisy na Facebooku czy Twitterze, wypowiedzi na forach, notki na blogach, komentarze – wszystko to jest nie tylko elementem codziennej komunikacji prowadzonej w kręgu znajomych, ale także źródłem wielu informacji dla pracodawców, firm, mediów.

Cyfrowe ślady służą dziś jako swoisty „wykrywacz kłamstw” lub chociażby nieścisłości w procesach rekrutacyjnych. Stanowią źródło dodatkowych informacji o kandydacie, które są często traktowane jako bardziej prawdziwe niż to, co zostało napisane w CV czy liście motywacyjnym. Profil na Facebooku czy konta w innych serwisach społecznościowych są kopalnią wiedzy o kandydacie na pracownika i samym pracowniku: jego doświadczeniu zawodowym, osiągnięciach i sukcesach, ale także zainteresowaniach, stylu życia, sposobach spędzania wolnego czasu, o tym, co myśli o firmie, w której jest zatrudniony, czy lubi przełożonego, jakie świadectwo wystawia pracodawcy.

Tropienie elektronicznych śladów przez HR-owców to jednak nic w porównaniu z rozwiązaniami, które stosują już rynki finansowe. Najbardziej zaawansowane narzędzia, bazujące na wykorzystaniu mechanizmów tzw. online reputation, wprowadzają podmioty z segmentu mikropożyczek. To dynamicznie rozwijająca się nisza rynku finansowego, która w znacznej mierze funkcjonuje w cyberprzestrzeni. Procedura udzielenia pożyczki często więc odbywa się w sposób zdalny, bez bezpośredniego kontaktu z klientem. W takim układzie internetowa tożsamość staje się praktycznie jedynym źródłem wiedzy o pożyczkobiorcy i kryterium oceny jego wiarygodności. Nic więc dziwnego, że to właśnie na rynku mikropożyczek wprowadza się wiele nowinek w obszarze tworzenia internetowych profili ów i prognozowania na ich podstawie realnych działań, zachowań, możliwości, np. kredytowych. Dobrym przykładem jest działający w Stanach Zjednoczonych serwis Lenddo. Ocenia on zdolność kredytową ów banków na podstawie ich osobowości online. W tej ocenie brane są pod uwagę takie czynniki i parametry, jak informacje, które zamieszczamy w sieci, rodzaj słuchanej muzyki, krąg znajomych itd. I tak na przykład fani hip-hopu mają niższy rating niż melomani. Poza tym liczy się nie tylko to, co sami robimy, ale także to, jak zachowują się ci, których mamy w swoim kręgu znajomych. Jeśli nasz facebookowy przyjaciel ma/miał problem ze spłatą swojego zadłużenia, automatycznie serwis obniża także naszą wiarygodność kredytową. Podobne mechanizmy związane z internetową reputacją wykorzystuje niemiecki Kreditech. Oprócz danych pochodzących z serwisów społecznościowych, Kreditech bierze pod uwagę tak szczegółowe kwestie, jak np. to, czy komputer, z którego wypełnialiśmy wniosek o pożyczkę, znajduje się w miejscu, które podaliśmy jako miejsce zamieszkania lub pracy. Zbliżony działania stosuje kolejna z rynku mikropożyczek – Kabbage. Jej głównymi klientami są mikroprzedsiębiorcy, prowadzący działalność handlową w internecie. Kabbage dostarcza kapitał obrotowy e-handlowcom, a przy ocenie ich wiarygodności bierze pod uwagę historię dokonywanych przez nich transakcji w systemach szybkich płatności, takich jak PayPal czy serwisy aukcyjne. Na polskim rynku mikropożyczek również pojawiają się firmy wykorzystujące cyfrowe dane do oceny zdolności kredytowej klienta, głównie pochodzące z serwisów społecznościowych. Można w tym kontekście wspomnieć o Kredito24. Składając wniosek o pożyczkę, zezwala serwisowi na dostęp do prywatnego konta FB. Algorytm analizuje informacje, jakie znajdują się na facebookowym profilu potencjalnego pożyczkobiorcy, bada również dane z ok. 8 tys. innych źródeł, m.in. pliki cookies z portali zakupowych czy powiązania w sieci Linkedin.

Prywatne opinie, komentarze, zdjęcia, filmy umieszczone w cyberprzestrzeni, rozmowy w niej prowadzone i dokonywane tam transakcje są stale analizowane. Internauci powoli uczą się zarządzać własną prywatnością, cyfrowym wizerunkiem i tożsamością online, ponieważ wiedzą, że indywidualna tożsamość zostaje wyceniona i staje się dla wielu firm/instytucji podstawą do złożenia im określonej oferty handlowej. Tak działają gracze na rynku mikropożyczek, firmy ubezpieczeniowe, kontekstowa, spersonalizowany marketing i coraz częściej banki. „Big Data” pozwala wycenić naszą elektroniczną tożsamość, internetową reputację i wirtualny . Proces ten, chociaż nie pozbawiony zagrożeń związanych z nadmierną i niekontrolowaną inwigilacją, wydaje się naturalną konsekwencją rozwoju cyfrowego świata. Kolejne pokolenia internautów prawdopodobnie jeszcze dalej przesuną granice prywatności. Jak pisze Natalia Hatalska, blogerka zajmująca się zagadnieniami cyfrowego świata, już teraz technologie „śledzące” nas jako konsumentów, stosowane przez firmy, mają społeczne przyzwolenie, jeśli służą lepszemu dostosowaniu oferty pod potrzeby konkretnego klienta (predictive personalization).

Infografika 2

Dobrowolnie zrzekając się części prywatności i tworząc niezliczone ilości informacji (o sobie, swoich znajomych, o tym, co przeczytaliśmy, obejrzeliśmy, kogo lub co lubimy, a czego nie znosimy etc.), sami traktujemy ją jak walutę, za którą kupujemy dostęp do wielu cyfrowych produktów i usług. Czy jest to cena zbyt wysoka? Niech każdy z nas zdecyduje sam.

Autor:Waldemar Wierżyński 


powrót | do góry | strona główna | kalendarium | regulamin serwisu | pliki cookies | kontakt
Portal jest współfinansowany przez Unię Europejską w ramach środków Europejskiego Funduszu Społecznego.

© 2005-2018 Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości