Portal Finanse Firma Klastry Instytucje Promocja Polityka
Newsy
2016/02/01 08:48:56
Innowacyjność jako kategoria społeczna, czyli jak wychować innowatorów

Innowacyjność tylko pozornie jest kategorią dotyczącą technologii czy gospodarki. To przede wszystkim zjawisko społeczne, na które składają się takie komponenty, jak zaufanie, odwaga i otwartość na nowatorskie rozwiązania, system edukacyjny wspierający kreatywność, umiejętność współpracy. Zamiast więc wyłącznie zastanawiać się, jak podnieść poziom innowacyjności gospodarki, trzeba pomyśleć o społeczeństwie, które powinno wychować innowatorów, a nie tylko biernych odtwórców i konsumentów.

Innowacyjnosc 1

Innowacyjna gospodarka jest wypadkową wielu czynników. Z jednej strony kreuje ją nauka, ponieważ podstawowym i niezbędnym komponentem każdej innowacji jest . Nowatorskie rozwiązania wymagają długiego procesu badań i rozwoju, a ten jest domeną nauki właśnie. Z drugiej strony konieczne jest zaangażowanie samych przedsiębiorców i idąca za tym komercjalizacja wiedzy. O innowacji bowiem możemy mówić tylko wtedy, gdy określone rozwiązanie – produkt, usługa czy – zostały wdrożone, a więc gdy znalazły się na rynku. Urynkowienie wiedzy czyni z naukowego odkrycia, wynalazku, badania coś, co można opakować i sprzedać. Biorąc pod uwagę opisane aspekty, należy stwierdzić, że innowacyjność rodzi się na styku sektora nauki i biznesu, wynika wprost ze współpracy tych dwóch światów. Taki innowacyjności sprowadza ją jednak do kategorii ekonomiczno-technicznej. Tymczasem ten opisuje nie tylko rzeczywistość gospodarczą. Innowacyjna gospodarka nie jest abstrakcyjnym, teoretycznym modelem. Do swojego funkcjonowania potrzebuje równie innowacyjnych, co ona sama, społeczeństw.

Gospodarka i społeczeństwo nie funkcjonują w oderwaniu od siebie. Mamy tutaj do czynienia z mechanizmem sprzężenia zwrotnego. Innowacyjna gospodarka od strony popytowej potrzebuje świadomych konsumentów, użytkowników, klientów, otwartych na nowe rozwiązania i potrafiących wykorzystywać je w codziennym życiu. Wyczerpująco zagadnienie to analizują Anna Giza-Poleszczuk i Renata Włoch w publikacji „Świt innowacyjnego społeczeństwa. Trendy na najbliższe lata”. Jednocześnie jednak taka gospodarka, kreująca innowacje, nie może opierać się wyłącznie na modelu konsumpcyjnym. Do jej powstania i rozwoju niezbędni są odpowiednio przygotowani pracownicy. W firmach są oni innowatorami, specjalistami wymyślającymi i wdrażającymi nowe rozwiązania, poza pracą stają się z kolei świadomymi konsumentami. W tym kontekście innowacyjność gospodarcza jawi się jako efekt złożonego procesu społecznego. Jedynie społeczeństwa zdolne do tworzenia nowych rozwiązań, posiadające odpowiednie zasoby wiedzy, kapitału, ale także cechy – umiejętność współdziałania, zaufanie, otwartość, odwagę do eksperymentowania, przedsiębiorczość – mogą z jednej strony budować innowacyjną gospodarkę, a z drugiej w niej funkcjonować. Warto zatem podjąć namysł, co jest potrzebne do ukształtowania się tego rodzaju społeczeństwa, jakie warunki muszą zaistnieć, by w Polsce było więcej innowatorów, którzy stawiają pytania i szukają na nie własnych odpowiedzi, niż tych, którym wystarczy rola kopisty.

Bariery innowacyjności w Polsce

Wśród barier rozwoju innowacyjnej gospodarki w Polsce na pierwszych miejscach lokuje się zwykle czynniki finansowe i strukturalno-instytucjonalne. Luka kapitałowa, polegająca na szybkim wyczerpywaniu się własnych środków pieniężnych i trudnościach w dostępie do zewnętrznych źródeł finansowania innowacyjnej działalności (np. poprzez kapitał wysokiego ryzyka), stanowi bez wątpienia jeden z istotnych problemów. Warto jednak zauważyć, że dzięki dotacjom z funduszy europejskich zarówno w poprzedniej perspektywie finansowej, jak i obecnej, oraz środkom krajowym (pochodzącym chociażby z Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości czy Narodowego Centrum Badań i Rozwoju) luka kapitałowa przestaje w Polsce być głównym hamulcem dla innowacji. Utyskiwania na brak pieniędzy – tak częste zarówno w środowiskach gospodarczych, jak i akademickich – coraz bardziej są świadectwem siły przyzwyczajenia i usprawiedliwieniem dla bezczynności w sferze innowacji i rozwoju. W ostatnich latach nakłady publiczne na sektor B+R wzrosły w Polsce o niemal 40% – z 0,56% PKB w 2004 r. do około 1% PKB obecnie. To wprawdzie nadal wyraźnie mniej niż w najbardziej rozwiniętych krajach świata, będących liderami innowacyjności, jednak postęp jest zauważalny nie tylko ze statystycznego punktu widzenia. Współczesna gospodarka oferuje wiele instrumentów finansowania innowacji – przedsiębiorcy, ale także uczelnie mogą korzystać z dość szerokiej gamy różnego rodzaju programów. Niektóre z nich mają charakter wsparcia publicznego (w samym Narodowym Centrum Badań i Rozwoju jest kilkanaście programów, które oferują liczne granty), inne działają na zasadach rynkowych (np. czy sieci Aniołów Biznesu). Pieniądze to jednak nie wszystko – to stwierdzenie tyleż trywialne, co i prawdziwe.

Oprócz stabilnego finansowania, innowacje potrzebują odpowiedniego zaplecza infrastrukturalnego, czyli dobrze wyposażonych, nowoczesnych uczelni, laboratoriów, parków naukowych i technologicznych, przyuczelnianych inkubatorów przedsiębiorczości itp. Tego rodzaju miejsca, będące wspólnym adresem dla ludzi nauki i biznesu, w Polsce już są – chociażby SHOPA działająca przy Uniwersytecie Technologiczno-Przyrodniczym w Bydgoszczy czy Wrocławskie Centrum Badań EIT+. Innowacje potrzebują po prostu miejsca, gdzie mogą dojrzeć, zmienić się z pomysłu w realny produkt, przejść fazę inkubacji, eksperymentalną, by osiągnąć bardziej konkretną i namacalną postać. Trzeba jednak pamiętać, że infrastruktura – choć ważna – jest tylko jednym z wielu ogniw całego systemu innowacji. Budynki odgrywają rolę służebną. Dobrze, że w Polsce jest coraz więcej nowoczesnych przestrzeni, w których można realizować przedsięwzięcia o charakterze badawczo-rozwojowym i prowadzić skuteczny dialog między światem nauki i sektorem gospodarki, ale cała ta infrastruktura nie jest i nie może się stać celem samym w sobie.

To, co wydaje się większym zagrożeniem dla wzrostu innowacyjności polskiej gospodarki, ma charakter nie tyle ekonomiczny i instytucjonalno-organizacyjny, ile raczej społeczny. Jak zauważa prof. Janusz Czapiński w „Raporcie 3M. Innowacyjny Polak 2014”, w polskich przepisach na wzrost innowacyjności gospodarki brakuje najważniejszych składników – zaufania i współpracy. A te więcej niż z finansami czy budynkami mają wspólnego z tym, jacy jesteśmy jako społeczeństwo, jaki mamy system edukacji i kulturę. Podczas gdy poziom publicznych nakładów na badania i rozwój można stosunkowo prosto zwiększyć – to wszak kwestia decyzji ekonomiczno-politycznych – to na poziom kapitału społecznego już tak łatwo nie da się wpłynąć. A ten, jak przekonują socjolodzy, mamy w Polsce dramatycznie niski. Zgodnie z wynikami Diagnozy Społecznej, większość Polaków krąg osób, którym można zaufać, zawęża do swojej najbliższej rodziny. Reszta społeczeństwa postrzegana jest nie w kategoriach „my”, lecz „oni” – obcy, nieznani, a więc niegodni zaufania. W efekcie z opinią, że „większości ludziom można ufać”, zgadza się jedynie 22% Polaków, podczas gdy w Danii czy Norwegii, krajach o wysokim kapitale społecznym, odsetek ten jest trzykrotnie większy (zob. infografika).

Innowacyjnosc - wykres

W kulturze nieufności, powszechnej podejrzliwości trudno uzyskać klimat potrzebny do budowy innowacyjnej gospodarki, której fundamentem jest współpraca, wymagająca właśnie zaufania. Jak piszą przywoływane już Anna Giza-Poleszczuk i Renata Włoch, brak uogólnionego zaufania społecznego ma znaczenie nie tylko dla relacji międzyludzkich, ale i gospodarczych. Niechęć i brak umiejętności współdziałania na poziomie indywidualnym przekłada się na kolejne poziomy – między grupami społecznymi, w zakładach pracy, między firmami itd. Zasoby (np. , umiejętności, kapitał, technologie), którymi dysponuje jednostka czy firma, w dominującej w Polsce kulturze nieufności pozostają niejako zamknięte, niedostępne dla innych ludzi i przedsiębiorstw.

Deficyt zaufania społecznego utrudnia powstawanie innowacji w jeszcze innym wymiarze – chodzi mianowicie o ich upowszechnienie. Innowacje jako coś, co jest nowe, ze swej natury zrywają z dotychczasowymi przyzwyczajeniami i nawykami. Od konsumentów, klientów, użytkowników wymagają zatem wysiłku związanego z porzuceniem starych wzorców zachowań na rzecz spróbowania czegoś odmiennego. W społeczeństwach o niskim poziomie zaufania gotowość do tego rodzaju zmian jest mniejsza niż w społeczeństwach o wysokim kapitale społecznym. W efekcie gospodarki tych pierwszych są zdecydowanie mniej innowacyjne niż tych drugich.

Innowacyjna gospodarka – tradycyjna szkoła

Z kwestią kapitału społecznego, otwartości na to, co nowe i nieznane, bezpośrednio wiąże się zagadnienie edukacji. Innowacyjność jest w dużej mierze pochodną jakości kształcenia. Jego prawdziwą miarą nie są jednak oceny, lecz to, jak szkoła kształtuje sposób myślenia o sobie i świecie tych, którzy opuszczają jej mury. Czy uczniowie są przygotowani na wyzwania współczesności, jaką mają orientację przyszłościową, plany i aspiracje, czy w swoim zawodowym życiu chcą grać rolę twórcy czy odtwórcy, innowatora czy kopisty, i przede wszystkim, czy mają narzędzia (intelektualne, poznawcze, ale także społeczne i emocjonalne) do tego, by współtworzyć nowoczesną, innowacyjną gospodarkę oraz społeczeństwo?

Ostatnie znakomite wyniki polskich uczniów w międzynarodowym badaniu PISA, które pozwala ocenić poziom podstawowych umiejętności szkolnych w zakresie czytania, interpretacji tekstów, działań matematycznych i ogólnego rozumowania dzieci, chociaż mogą być powodem do narodowej dumy, nie powinny jednak tuszować tego, że cały system szkolnictwa wymaga głębokiego namysłu. Nie chodzi przy tym o aspekty finansowe, lecz o całą filozofię, która stanowi jego ideologiczną podbudowę. Funkcjonujące dziś w Polsce szkoły, podobnie zresztą jak i w całej Europie, a nawet szerzej – świecie, większość zasad organizujących ich pracę odziedziczyły po XIX-wiecznych, przypominający fabryki, instytucjach edukacyjnych. Współcześnie dominujący edukacji posiada szereg cech, które dziś można postrzegać jako co najmniej utrudniające osiąganie stawianych przed nim celów. Cechy te to przede wszystkim posunięta do granic absurdów standaryzacja, sztywny system lekcyjno-ławkowy, utożsamianie efektywności nauczania z osiągnięciami (wysokimi ocenami) uczniów. Tak wymyślona i zorganizowana szkoła sprawdzała się w epoce rewolucji przemysłowej, a więc w XIX w. Szkoły miały wówczas przygotowywać w podstawowym stopniu masy robotnicze do pracy w fabrykach i w związku z tym same działały jak fabryki, co barwnie opisuje A. Toffler: „(…) idea gromadzenia masy adeptów wiedzy w jednym miejscu (surowiec) po to, aby poddać ich obróbce nauczycieli (robotników) w centralnie zlokalizowanej instytucji, czyli szkole (w fabryce), była genialnym posunięciem, zgodnym z duchem czasów. Podział wiedzy na ściśle rozgraniczone dyscypliny odpowiadał założeniom przemysłowym. Dzieci maszerowały równym krokiem i siadały na wyznaczonych miejscach w ławkach. Dzwonki na przerwy odmierzały w sposób sztuczny czas. Wewnętrzne życie szkoły stało się zatem jakby przedsionkiem życia w społeczeństwie epoki przemysłowej”.

Czasy się zmieniły, szkoła w zasadniczych kwestiach pozostała taka jak dawniej. Tymczasem innowacyjna gospodarka bardziej niż grzecznych uczniów potrzebuje krnąbrnych. Bardziej niż tych, którzy słuchają odpowiedzi, potrzebuje takich, co stawiają pytania. W XXI w. szkoła i filozofia systemu edukacji muszą zostać zmienione i to nie w sposób ewolucyjny, lecz rewolucyjny.

Teraz plan na przyszłość

 Innowacyjnosc 2

Podstawowym warunkiem wychowania innowatorów, a w konsekwencji zbudowania społeczeństwa i gospodarki innowacyjnej, są zatem głębokie przeobrażenia w szeroko rozumianej edukacji. W polskim systemie edukacyjnym dominującym i najsilniej zakorzenionym modelem kształcenia jest oddziaływanie na dziecko w drodze zewnętrznych impulsów według rygorystycznie przestrzeganych założeń. Celem tego procesu jest osiągnięcie wymiernych (mierzalnych, policzalnych, namacalnych) efektów. Pożądane z punktu widzenia aparatu szkolnego postawy, zachowania, poglądy są wzmacniane poprzez system ocen, postawy niezgodne z przyjętym schematem – napiętnowane i rugowane. W tak pojmowanym procesie dydaktycznym nie ma miejsca na błędy i wątpliwości ucznia. Musi on opanować podany mu materiał i stosować w określony, wyuczony sposób. W konsekwencji dziecko otrzymuje silny przekaz, że nie powinno popełniać błędów, co skutecznie blokuje jego naturalną ciekawość, ogranicza chęć stawiania pytań i samodzielnego poszukiwania odpowiedzi. Nie trzeba chyba wskazywać, jak tego rodzaju edukacja destrukcyjnie wpływa na innowacyjność gospodarki. Szkoły opuszczają uczniowie, którzy nauczyli się tego, że najgorsze, co mogą zrobić, to popełnić błąd. Lepiej więc nie robić nic, co wiąże się z ryzykiem. Z unikającego ryzyka ucznia z pewnością nie wyrośnie zdolny do tworzenia innowacji.

Szkoła wymaga innej organizacji (nawet na tak szczegółowym poziomie jak układ ławek w klasie – dlaczego nie ustawić ich tak, by w sposób naturalny zachęcać dzieci do współpracy, np. w „podkowę”, o czym swego czasu mówiła nawet minister edukacji), nowego określenia zasadniczych wyzwań oraz stosowania narzędzi dydaktycznych innych niż w XIX czy XX w. Nie tylko dlatego, że zmienił się świat. Przede wszystkim dlatego, że chcemy, by nasze dzieci w tym nowym świecie grały role pierwszoplanowe. Priorytetem szkoły powinno być nie tyle posłuszeństwo, ile raczej aktywność. Do jej wzbudzenia potrzeba dialogu między uczniem a nauczycielem, odwoływania się do motywacji wewnętrznej dzieci bez nadmiernej presji uzyskiwania dobrych ocen, przeniesienie akcentów z wiedzy teoretycznej na praktyczną, przejście z kształcenia encyklopedycznego do eksperymentów, nauczania w działaniu. Wszystko po to, by nie blokować naturalnej aktywności poznawczej i samodzielności ucznia. Zdolność do stawiania pytań i poszukiwania na nie odpowiedzi jest kluczową kompetencją, w jaką powinny wyposażać współczesne szkoły swoich absolwentów. To właśnie ta umiejętność, a nie encyklopedyczna , pozwoli dzisiejszym uczniom stać się jutro odkrywcami, wynalazcami, innowatorami.

Powinniśmy też zmienić sposób, w jaki definiujemy i postrzegamy cały proces kształcenia. Innowacyjna gospodarka to gospodarka ciągłej zmiany. Wymaga więc od nas zdolności adaptacyjnych, w praktyce więc umiejętności ciągłego uczenia się, przyswajania nowości. Na obecnym poziomie rozwoju cywilizacyjnego ulega szybkiej dezaktualizacji. W tym kontekście kształcenie się i uczenie rozumiane jako umiejętność adaptowania się do nowych, zmieniających się warunków staje się konieczną strategią życiową. Takie spojrzenie na omawiany problem pozwala zrozumieć wagę procesu kształcenia w każdym okresie życia, a nie jedynie w dzieciństwie i młodości, które tradycyjnie traktowane są jako czas nauki. W XXI w. proces kształcenia trwa całe życie i podlegają mu także dorośli. Umiejętność uczenia się przez całe życie jest niezbędna do tego, by odnaleźć się w nowoczesnej gospodarce wiedzy.

Pobudzenie innowacyjności w sferze gospodarczej, oprócz zmian w systemie edukacji, wymaga także przeobrażeń kulturowych. Źródłem rozwoju gospodarczego danego kraju są wprawdzie działania przedsiębiorstw, wdrażane technologie, przyjazne i stabilne uwarunkowania prawne, ale w szerszym wymiarze podstawą dla nich są społeczne wartości, postawy i zachowania. Co, jako społeczeństwo, uznamy za ważniejszą wartość – współpracę, a może rywalizację? Czy jesteśmy wobec innych ludzi gotowi przyjąć życzliwą postawę zaufania, czy raczej wobec każdego zachowujemy się podejrzliwie, nie dowierzając jego intencjom? Czy będziemy nagradzać wśród uczniów, a następnie ów zachowania skrajnie indywidualistyczne, czy zaczniemy promować myślenie grupowe, zdolności do łączenia potencjałów i uzyskiwania efektu synergii? Jeśli w szkole uczniowie nie realizują projektów zespołowych, jak mają skutecznie to robić w swojej przyszłej pracy? Jeśli tylko i wyłącznie konkurowali ze sobą, jak mają nauczyć się współdziałać? Jeśli uczyli się dla ocen, jak mogą znaleźć wewnętrzną motywację do swoich działań w dorosłym życiu?

Innowatorzy rodzą się i dorastają w społeczeństwach z wysokim kapitałem społecznym, w kulturach, w których w relacjach międzyludzkich dominuje przekonanie, że współpraca jest wartościowa nie tylko dlatego, że opłaca się z ekonomicznego punktu widzenia. W krajach, gdzie każdy ma prawo do błędu i nikt nie boi się podjąć ryzyka, a system edukacyjny wspiera aktywność dzieci od najmłodszych lat.

Autor:Waldemar Wierżyński 


powrót | do góry | strona główna | kalendarium | regulamin serwisu | pliki cookies | kontakt
Portal jest współfinansowany przez Unię Europejską w ramach środków Europejskiego Funduszu Społecznego.

© 2005-2016 Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości