Portal Finanse Firma Klastry Instytucje Promocja Polityka
Newsy
2015/12/10 09:26:33
Jedzenie 2.0, czyli inżynieria tkankowa na naszych stołach

W Polsce przeżywamy fascynację jedzeniem organicznym, które ma być zdrowsze od tego produkowanego konwencjonalnymi metodami, nie wspominając już o organizmach modyfikowanych genetycznie. Tymczasem w amerykańskiej Dolinie Krzemowej dokonuje się zwrot o 180 stopni – na talerzach coraz częściej pojawia się jedzenie wyprodukowane w laboratoriach. Co więcej – wszystko wskazuje na to, że food hacking to nie przejściowa moda, ale przyszłość branży spożywczej, a przy okazji również – przyszłość naszej planety.

Food Hacking 1

Wiecie, czym jest Soylent? Jeżeli nie, powinniście czym prędzej nadrobić zaległości. W 2014 r. w USA sprzedano go 10 mln sztuk, a w tym roku właściciele firmy spodziewają się przynajmniej potroić ten wynik. Reklamowany jest jako pełnowartościowy posiłek w płynie – wystarczy wypijać kilka razy dziennie, aby dostarczyć organizmowi wszystkich substancji niezbędnych do właściwego funkcjonowania. W sprzedaży znajduje się również Soylent w proszku. Można zapomnieć o zakupach, lodówce czy o przygotowywaniu posiłków. Coraz więcej Amerykanów przechodzi na dietę soylentową, a planuje wprowadzenie produktu także na rynek europejski.

Wszystko w jednym

Pomysłodawcą tego posiłku jest Rob Rhinehart, który opracował recepturę w 2013 r., a następnie przetestował produkt na sobie. W opublikowanym na blogu tekście „How I stopped eating food” („Jak przestałem spożywać jedzenie”) opisał przebieg trzydziestodniowej diety, podczas której żywił się tylko Soylentem. Obserwując zachowanie własnego ciała, udoskonalał skład specyfiku. Eksperyment zakończył się sukcesem, a założona przez niego Soylent jest dziś uważana za jeden z najbardziej obiecujących amerykańskich start-upów. Dość powiedzieć, że podczas zbiórki crowdfundingowej cel 100 tys. dolarów na rozpoczęcie produkcji został osiągnięty w czasie poniżej 3 godzin (w sumie wpłaty wyniosły ponad 750 tys. dolarów). Dzisiaj prestiżowy magazyn biznesowy „Inc.” wycenia wartość firmy na – bagatela – 25 mln dolarów. Na rynku już pojawiają się podobne produkty zawierające różne proporcje węglowodanów, tłuszczów i białek, m.in. Joylent czy Keto Chow.

Soylent jest produktem wegańskim, niezawierającym również laktozy. Z wyglądu przypomina mleko sojowe, od którego notabene wzięła się jego nazwa. Wersja w płynie składa się z soi, oleju z alg i izomaltulozy (cukier występujący m.in. w miodzie). Z kolei podstawą wersji w proszku są brązowy ryż, mąka owsiana i olej słonecznikowy. Recepturę obu uzupełniają witaminy oraz mikroelementy. Przeciwnicy diety soylentowej argumentują, że nie ma on nic wspólnego z naturalnym jedzeniem – jest produktem powstałym od początku do końca w laboratorium. Jednak Rob Rhinehart wymienia szereg jego benefitów: kontrolę nad dostarczanymi do organizmu kaloriami, unikanie niezdrowych substancji (nie zawiera szkodliwych tłuszczów trans czy cholesterolu), oszczędność pieniędzy (trzydziestodniowa dieta soylentowa kosztowała go 155 dolarów, podczas gdy przeciętny Amerykanin wydaje na jedzenie prawie 600 dolarów miesięcznie), a także oszczędność czasu – przygotowanie „posiłku” zabiera kilka minut, a na zakupy można jeździć znacznie rzadziej.

Nie tylko Soylent

Choć amerykański może wyglądać na zachciankę zblazowanego programisty, wpisuje się w szerszy, społeczno-ekologiczny kontekst. Problem zrównoważonej produkcji i konsumpcji po raz pierwszy trafił na agendę ONZ w 1992 r., kiedy debatowano nad nim podczas konferencji w Rio de Janeiro. Zgodzono się wówczas, że zmiany związane z gwałtownie rosnącą populacją ludzką wymagają podjęcia natychmiastowych działań. W zakresie żywienia jako priorytety wskazano minimalizację szkodliwego wpływu produkcji i konsumpcji na środowisko (m.in. redukcję odpadów), a także maksymalizację efektywności zarówno pod względem wartości odżywczej nowych produktów, jak i nakładów koniecznych do ich produkcji. Częściowym rozwiązaniem globalnych problemów miały być organizmy modyfikowane genetycznie (GMO), ale wciąż pozostawała kwestia hodowli zwierząt.

Przez długi czas możliwość wyprodukowania mięsa czy jajek w laboratorium brzmiała niczym z filmu science fiction, ale dzisiaj zrównoważone jedzenie (laboratoryjnie otrzymane substytuty tradycyjnego jedzenia) znalazły się w centrum zainteresowania firm z Doliny Krzemowej. Naukowcy coraz częściej zwracają się w stronę rynku żywności, który w porównaniu z rynkiem usług telekomunikacyjnych czy energetycznych w ograniczonym zakresie korzysta z najnowszych zdobyczy technologicznych. Howard Hartenbaum z funduszu August Capital zauważa, że: „Jedzenie jest jednym z największych rynków na świecie. Każdy z nas je. Jeżeli to [zrównoważone jedzenie – przyp. aut.] zadziała, okaże się, że mamy niesamowicie wielki rynek”. Czysto biznesowym motywacjom towarzyszy również idea produkcji niskokosztowych, łatwych w przechowaniu i pełnowartościowych substytutów. Bill Gates, który zainwestował w firmę Beyond Eggs, pracującą nad wegańskim odpowiednikiem jajka, podczas jednej z konferencji powiedział: „Jesteśmy na początku drogi do wielkiego odkrycia (...). Wizja świata, w którym ludzie będą otrzymywali pełnowartościowe, bogate w białka posiłki, nastraja mnie bardzo optymistycznie”.

Według raportu „AgTech Investing Report 2014”, przygotowanego przez platformę AgFunder, kojarzącą inwestorów z młodymi przedsiębiorcami, w ubiegłym roku firmy zajmujące się pracami tylko nad zrównoważonym białkiem otrzymały około 200 mln dolarów wsparcia od aniołów biznesu i funduszy . W ostatnich latach jedną z największych inwestycji (około 75 mln dolarów) poczynionych w sektorze zrównoważonej żywności było wsparcie firmy Impossible Foods, która pracuje nad uzyskaniem mięsa i sera wyłącznie z roślinnych związków organicznych. Już udało im się otrzymać wegański substytut, ale koszt produkcji (20 dolarów za jedną porcję ok. 100 mięsa do hamburgera) jest wciąż zbyt wysoki, aby wprowadzić produkt na rynek. pracuje teraz nad obniżeniem kosztów i spodziewa się uruchomić produkcję na dużą skalę pod koniec 2015 r.

Ponad 30 mln dolarów otrzymała Hampton Creek, która niedawno wprowadziła do amerykańskich supermarketów majonez wyprodukowany bez użycia jajek – przewrotnie nazwano go Just Mayo (Po Prostu Majonez). Jak podkreślają twórcy receptury, właściwy smak uzyskali dopiero po sprawdzeniu 1433 różnych kombinacji. ma jasny cel – przejąć amerykański rynek jajek warty ok. 213 mld dolarów (wartość podana za dziennikiem „The Guardian”). Nie zamierza na tym jednak poprzestawać – wprowadziła również wegańskie ciasto czekoladowe Just Cookie Dough, a także ciastka Just Cookie w różnych smakach.

Po opracowaniu substytutu jajek nadchodzi czas na znalezienie zamiennika mięsa, który będzie przypominał je smakiem, teksturą, a przy tym zawierał tyle samo białka. W związku z tym, że aż 28% Amerykanów stara się ograniczyć jego spożywanie (łównie ze względu na konieczność obniżenia poziomu cholesterolu), inwestorzy spodziewają się, że zainteresowanie zdrowym zamiennikiem będzie bardzo duże. W start-up Beyond Meat zainwestował m.in. fundusz VC Kleiner Perkins Caufield & Byers, który w przeszłości jako jeden z pierwszych zauważył potencjał w Google oraz Amazonie. Możliwości tego segmentu rynku żywności dostrzegł również Bill Gates, opisując go na swoim blogu w artykule „Future of Food” („Przyszłość jedzenia”).

W poszukiwaniu idealnego mięsa

Znalezienie substytutu mięsa nie wiąże się tylko z odpowiednią dietą, ale również z przyszłością naszej planety. Andreas Forgacs, współzałożyciel firmy Modern Meadow produkującej innowacyjne biomateriały, podczas swojego wystąpienia na konferencji TED Global w 2013 r. „Skóra i mięso bez zabijania zwierząt” wskazał, że do wykarmienia populacji 7 mld ludzi, jaka obecnie zamieszkuje Ziemię, potrzeba 60 mld zwierząt, które dostarczają mięsa, jajek oraz surowców dla przemysłu skórzanego. Utrzymanie tak dużej populacji zwierząt hodowlanych pochłania 33% globalnych zasobów ziemi, 8% słodkiej wody, a przy tym emitują one 18% gazów cieplarnianych. W 2050 r., kiedy ludzka populacja rozrośnie się do około 10 mld, będzie potrzebowała około 100 mld zwierząt, co oznacza trudne do przewidzenia zmiany klimatu.

W filmie „The science behind plant-based proteins” („Nauka stojąca za białkami pochodzenia roślinnego”), który Bill Gates zamieścił na swoim blogu, pokuszono się o przeliczenie ekologicznych kosztów produkcji jednego kilograma wołowiny – okazuje się, że wymaga on 150 metrów kwadratowych ziemi oraz 15 tys. litrów wody, która w większości jest używana do nawadniania pastwiska. Ponadto na każdy kilogram wołowiny przypada 27 kg dwutlenku węgla, który zwierzę wydycha do atmosfery – odpowiada to emisji spalin samochodowych wytwarzanych w trakcie ponad 150 kilometrów jazdy. Twórca potęgi Microsoftu zdecydował się nawet zainwestować w firmę Beyond Meat, choć po dwóch latach z pewnym rozczarowaniem stwierdził, że substytuty mięsa, które udało się opracować, są sprzedawane w luksusowych supermarketach, pozostając wciąż ciekawostką a nie faktycznym rozwiązaniem problemu.

Food Hacking - wykres

Mięso znajduje się w centrum zainteresowania ze względu na wysoką zawartość białka, jednak naukowcy coraz częściej zwracają swoją uwagę w stronę innych organizmów, które mogą być źródłem protein – świerszczy. W opublikowanym na łamach „AgFunder” artykule „Investors are starting to see how a little bug may help solve the big sustainable protein problem” („Inwestorzy zaczynają zauważać, w jaki sposób mały owad może pomóc w rozwiązaniu wielkiego problemu zrównoważonego białka”) autorzy wskazują, że świerszcze zawierają 20-krotnie więcej białka niż bydło, emitują do atmosfery 80-krotnie mniej metanu, a ich współczynnik konwersji paszy wynosi 2:1, podczas gdy u krów 10:1. Next Millenium Farms, zajmująca się hodowlą świerszczy, tylko w ostatnich dwóch latach otrzymała kilka milionów dolarów na rozwój technologii produkcji wysokobiałkowego proszku ze świerszczy, który może być wykorzystywany do shakeów lub jako dodatek do pieczenia. Z kolei inna amerykańska Exo oferuje proteinowe batoniki bazujące na mące ze świerszczy.

Na to, że owady mogą być rozwiązaniem problemów związanych z żywieniem, wskazuje również Narodów Zjednoczonych ds. Wyżywienia i Rolnictwa (FAO), będąca jedną z organizacji wyspecjalizowanych w ONZ. W raporcie “Edible insects. Future prospects for food and feed security” („Jadalne owady. Perspektywy na przyszłość w zakresie żywienia oraz bezpieczeństwa żywieniowego”) eksperci zwracają uwagę, że owady znajdują się w codziennej diecie około 2 mld ludzi, a łącznie spożywanych jest prawie 2 tys. różnych ich gatunków. Pomimo to pomysł hodowania owadów dla celów spożywczych jest stosunkowo nowy, a dotychczas takie farmy istniały tylko w Azji Południowo-Wschodniej (w Laosie, Wietnamie i Tajlandii), w której hodowano właśnie świerszcze.

Jesteśmy gotowi na hamburgera z probówki?

W 2013 r. dużym wydarzeniem medialnym w USA była degustacja laboratoryjnie wyhodowanej wołowiny. Stworzenie Frankenburgera pochłonęło ponad 300 tys. dolarów w ciągu czterech lat, a pieniądze wyłożył Sergey Brin, jeden ze współzałożycieli Google. Opinie osób, które próbowały syntetycznej wołowiny, były zgodne – smakuje prawie jak mięso. Na pytanie, czego jej brakuje, nie potrafiły odpowiedzieć lub wskazywały na niższy poziom tłuszczu. Wygląda na to, że o ile naukowcy są o krok od opracowania wydajnej technologii produkcji substytutu mięsa, o tyle społeczeństwo niekoniecznie jest gotowe na taką zmianę.

W badaniu “U.S. views of technology and the future. Science in the next 50 years(„Pogląd USA na technologię i przyszłość. Nauka w najbliższych 50 latach”), przeprowadzonym przez amerykański think tank Paw Research Center, tylko 20% respondentów odpowiedziało, że chciałoby jeść mięso otrzymane metodą laboratoryjną. Ponadto w ankiecie The New York Times aż 93% Amerykanów wskazało, że produkty GMO powinny być dodatkowo oznaczane, a 84% odpowiedziało, że w przypadku braku takiego oznaczenia produkt powinien zostać natychmiast wycofany ze sprzedaży – wskazuje to na brak zaufania do nauki i jej aktywności w sektorze spożywczym. Dlatego Modern Meadow przed wprowadzeniem na rynek „mięsa z probówki” najpierw zaprezentowała zwierzęcą skórę, która powstała właśnie metodą laboratoryjną. Wyselekcjonowane komórki danego typu w odpowiednich warunkach mogą rosnąć tak samo, jak kultury bakterii mnożą się przy produkcji jogurtu czy kultury drożdży w procesie warzenia piwa. Jak wskazuje Andreas Forgacs, CEO amerykańskiej firmy, pozwala już w trakcie procesu mnożenia się komórek nadać im kształt obicia krzesła, torebki czy portfela, w związku z czym otrzymany produkt jest pozbawiony zszyć.

Mocnym argumentem zwolenników inżynierii tkankowej jest właśnie szansa produkcji biomateriałów już nie tylko przypominających skórę, ale dosłownie będących skórą bez konieczności hodowania zwierząt (co pociąga za sobą duże dla środowiska), jak i ich zabijania. Wydaje się, że na tym polu społeczeństwo prędzej zaakceptuje eksperymentalne metody, niemające nic wspólnego z tradycyjną hodowlą. „Być może biofabrykacja jest kolejnym krokiem w ewolucji – jest czysta, efektywna i humanitarna” punktuje Forgacs.

Innym, niepodważalnym atutem jest perspektywa zmniejszenia globalnego łodu. Ten sam zresztą argument przytaczają zwolennicy GMO – brytyjska doradcza PG Economics obliczyła, że w 2010 r. dzięki zastosowaniu organizmów GMO plony kukurydzy na świecie były wyższe o ponad 30 mln ton. Inżynieria tkankowa pozwoliłaby nie tylko na produkcję większych ilości potencjalnego jedzenia, ale byłaby również mniej inwazyjna dla środowiska niż uprawa zbóż wymagająca m.in. opryskiwania dużych połaci gruntów pestycydami. Jednak wciąż musielibyśmy mierzyć się z problemem redystrybucji jedzenia, podobnie jak to się dzieje w przypadku GMO – laboratoria powstają w państwach wysoko rozwiniętych, a problem łodu dotyczy przede wszystkim państw Afryki. Firmy inwestujące miliony dolarów w nowe technologie oczekują zysków, a tych nie zapewnią państwa, które najbardziej potrzebują takiego wynalazku.

Food hacking 2

Postęp technologiczny oraz rosnące zainteresowanie substytutami tradycyjnego jedzenia ze strony naukowców i biznesu wskazują, że nie powinniśmy zadawać sobie pytania, czy, ale kiedy na naszych stołach zagości jedzenie wyprodukowane od początku do końca w laboratorium. W obliczu problemów związanych z ochroną środowiska, a także przeludnieniem naszej planety, wszystko wskazuje na to, że inżyniera tkankowa jest jedynym rozsądnym wyjściem mogącym powstrzymać degradację Ziemi, a przy tym zaspokoić rosnące zapotrzebowanie na żywność. Wciąż otwarta pozostaje kwestia tego, czy oczekujemy substytutów tradycyjnego jedzenia, czy też jesteśmy gotowi, aby przejść na dietę podobną do soylentowej. W dzisiejszych czasach, kiedy stale brakuje nam czasu, a posiłki często odgrzewamy w mikrofalówkach, pełnowartościowy płyn może być dobrym rozwiązaniem.

Autor:Agata Rokita 


powrót | do góry | strona główna | kalendarium | regulamin serwisu | pliki cookies | kontakt
Portal jest współfinansowany przez Unię Europejską w ramach środków Europejskiego Funduszu Społecznego.

© 2005-2018 Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości