Portal Finanse Firma Klastry Instytucje Promocja Polityka
Newsy
2015/11/30 10:53:54
Uberyzacja – wielki przełom czy pułapka?

Wiatr zmian wieje dziś z San Francisco. Tam właśnie powstały Uber i Airbnb, serwisy, które całkowicie zmieniły układ sił w newralgicznych segmentach branży usługowej. Zadowolone są zarówno osoby świadczące usługi, jak i konsumenci, którzy zyskali dostęp do tańszych taksówek czy noclegów. Dlaczego więc postępujący proces uberyzacji ma tylu przeciwników?

Uberyzacja 1

Pojęcie disruptive innovation, czyli „zakłócająca innowacja”, zawdzięczamy Claytonowi Christensenowi, wykładowcy Harvard Business School, który pierwszy raz użył tego terminu 20 lat temu. Takimi „zakłócającymi innowacjami” było pojawienie się maszyny parowej, plastiku, komputera czy fotografii cyfrowej. Podręczniki zarządzania często też przytaczają przykład przedsiębiorstwa, które długo było potentatem na rynku lodu, używanego kiedyś do przedłużania trwałości żywności. Owa stale doskonaliła – już i tak doprowadzony do perfekcji – każdy etap procesu produkcji i dystrybucji tego wyjątkowo krótkotrwałego towaru. Aż pewnego dnia dotarła do niej informacja o stworzeniu pierwszej lodówki.

Niewątpliwie jednak eksplozja pomysłów, które nieodwracalnie zmieniają porządek i układ sił na danym rynku, nastąpiła w erze internetu. Znamiennym przykładem takiej „zakłócającej innowacji” jest Wikipedia, która doprowadziła do tego, że będąca do tej pory potentatem „Encyklopedia Britannica” w 2012 r. zaprzestała (po 244 latach) wydawania papierowych wersji swojego sztandarowego dzieła (dane zaczerpnięte oczywiście z Wikipedii). Darmowa, zawsze dostępna i wygodna Wikipedia zakwestionowała wszystkie podstawowe cechy Britanniki – wysoką cenę, ciężar, objętość, długi cykl aktualizacji.

Niemal każdy obawia się sytuacji, gdy rynek, na którym przez lata lepiej lub gorzej działał, diametralnie się zmienia. Dlatego warto bliżej przyjrzeć się temu, co łączy firmy, które stworzyły „zakłócające innowacje”:

  • autentyczna odpowiedź na potrzeby klienta– te codzienne, takie jak konieczność dostania się na drugi koniec miasta czy posprzątania domu;
  • stworzenie nowego rynku– nigdy wcześniej klienci i sprzedawcy nie byli tak blisko siebie;
  • skalowalność– rozwój biznesu nie wymaga wielkich inwestycji, a wzrost skali działalności tylko zwiększa atrakcyjność serwisu i jego efektywność;
  • dostęp dla każdego– serwisy dbają o to, by korzystanie z nich było wygodne i jak najprostsze, nawet przez osoby słabo zapoznane z technologiami.

Uber: od niego wszystko się zaczęło

Dziś niewątpliwie prym w „zakłócaniu” dzierży Uber, założony w 2009 r. w San Francisco, najdroższy start-up świata (51 mld dolarów w połowie 2015 r.). Obecnie działa w ponad 300 miastach na całym świecie. W połowie 2015 r., w odstępie zaledwie miesiąca, poinformowała o zainwestowaniu po miliardzie dolarów w Chinach i Indiach. Uber zakłada, że dzięki zwiększeniu dostępności usługi już po 9 miesiącach liczba kursów w Indiach wzrośnie pięciokrotnie – do miliona dziennie. W Polsce obecny jest od roku i mogą z niego na razie korzystać mieszkańcy Warszawy, Krakowa i Trójmiasta.

Na czym polega owa rewolucyjna usługa? Chcąc dostać się do określonego miejsca, wpisujemy nazwę w specjalnej aplikacji. System, wykorzystujący geolokalizację, automatycznie skojarzy nas ze znajdującymi się w pobliżu kierowcami prywatnych aut, którzy są gotowi podwieźć nas we wskazane miejsce. Korzystanie z aplikacji jest bardzo proste, a złożenie zamówienia zajmuje mniej niż minutę. Cena za usługę jest stała, ustalana przez Uber. Pasażer może sprawdzić w aplikacji przebytą trasę, dzięki czemu ma pewność, że dojechał do celu najkrótszą, czyli najtańszą drogą. Co ciekawe, coraz więcej mieszkańców amerykańskich aglomeracji sprzedaje własne samochody, kalkulując, że Uber jest nie tylko wygodniejszy, ale i na dłuższą metę tańszy.

Bezpieczeństwo, ale i komfort transportu dodatkowo zwiększa system opinii, którym podlegają zarówno kierowcy, jak i pasażerowie. Nieżyczliwi, nieuczciwi, niesłowni uczestnicy są w naturalny sposób eliminowani z systemu. Ten argument nie przekonuje jednak organizacji taksówkarzy, którzy zarzucają Uberowi zwiększanie zagrożenia w ruchu drogowym poprzez wpuszczanie na rynek przewozu osób kierowców bez zawodowego doświadczenia, nieponoszących żadnej odpowiedzialności za ewentualne szkody. W wielu krajach – we Francji, w Niemczech, Wielkiej Brytanii, Indiach – wejściu tej usługi towarzyszyły uliczne protesty zawodowych kierowców. Osoby świadczące usługi przewozu nie mają też kas fiskalnych, nie płacą więc podatków, co nie podoba się nie tylko taksówkarzom, ale i fiskusowi.

Jak pościelisz, tak zarobisz

Kilka miesięcy przed Uberem, w sierpniu 2008 r., wystartował inny rynkowy „zakłócacz” – serwis Airbnb, który pozwala znaleźć tani, sprawdzony nocleg u prywatnych osób w 34 tys. miastach w 190 krajach świata. Siłą serwisu jest system opinii, pozwalający zweryfikować, czy pozyskany „na jedną noc” towarzysz jest godzien zaufania. Osoby poszukujące noclegu mają zaś pewność, że oferowane lokum rzeczywiście wygląda podobnie jak na zdjęciach, a gospodarz jest tak życzliwy, jak deklaruje w opisie. Centrala Airbnb także mieści się w San Francisco.

Historia powstania tego serwisu jest banalna. Dwóch kolegów ze studiów łączyła przyjaźń i chroniczny brak pieniędzy. Często nie mieli za co opłacić czynszu za wspólnie wynajmowane lokum. Na swój pomysł wpadli, gdy zbliżająca się konferencja spowodowała, że wszystkie hotele w San Francisco były pełne. Dokupili wówczas do swojego mieszkania dwa dmuchane materace oraz produkty na śniadanie i rozreklamowali się w internecie jako „Air Bed and Breakfast”. Gdy do duetu dołączył Nathan Blecharczyk, postanowili stworzyć serwis, który podczas obleganych imprez w mieście odciąża bazę hotelową, oferując miejsca do spania w prywatnych domach. Początki nie były jednak łatwe. Aby zarobić na utrzymanie serwisu, panowie stworzyli limitowaną serię płatków śniadaniowych z wizerunkami prezydenta Obamy i senatora McCaina. Pozyskane z ich sprzedaży 30 tys. dolarów dały zalążek, z którego wyrosła , warta dziś niemal 25 mld dolarów – o kilka miliardów więcej niż Marriott zarządzający siecią ponad 4 tys. hoteli na całym świecie.

W sieci fachowców

Segment usług jest szczególnie podatny na trend „uberyzacji”. Operują bowiem na nim małe, często jednoosobowe firmy o trudno weryfikowalnym doświadczeniu i kompetencjach. Dlatego prosta w obsłudze , pozwalająca w ciągu niespełna minuty znaleźć sprawdzone wcześniej przez kogoś rozwiązanie, to niespotykana wcześniej wygoda i bezpieczeństwo otrzymania rzetelnego wykonania.

Dla modeli biznesowych inspirowanych Uberem naturalnym zapleczem są usługi domowe, takie jak sprzątanie, czyszczenie dywanów, malowanie ścian, drobne naprawy hydrauliczne czy elektryczne. W Stanach Zjednoczonych potencjał tego rynku perfekcyjnie wykorzystał założony w 2012 r. Handy (wcześniej funkcjonował pod nazwą: Handybook). Firmę wymyślił Oisin Hanrahan, Irlandczyk, który już jako 19-latek postanowił zająć się nieruchomościami. W weekendy podróżował po różnych krajach Europy i obserwował specyfikę lokalnego rynku. Jego wybór padł na Budapeszt – zaczął tam kupować mieszkania w opłakanym stanie i je remontować. Wtedy przekonał się, jak ciężko o dobrego fachowca. Kilka lat później z kolegą z Harvardu założył firmę, która szczelnie wypełniła tę lukę. Dziś Handy działa w niemal 30 amerykańskich miastach. Niemiecki rynek podbija podobny start-up – Helpling.de. Oba, jak większość tego typu serwisów, zapewniają klientom gwarancję bezpiecznej zapłaty i zwrotu pieniędzy, jeśli usługa nie spełnia ich oczekiwań.

Uberyzacja zagraża także innym usługom, w tym finansowym. Banki muszą zmagać się nie tylko z ciężarem kosztów utrzymania tradycyjnych oddziałów (mobilni klienci praktycznie wcale ich nie odwiedzają), ale także znaleźć sposób na to, jak zaradzić sytuacji, gdy po ich przychody coraz śmielej sięgają firmy działające w podobnym modelu jak Uber. „I Ty możesz być bankomatem” – zachęca amerykańska MoolahMe, która zajęła w tym roku drugie miejsce na festiwalu zakłócających innowacji Disrupt NY Hackathon 2015. Kojarzy ona osoby potrzebujące gotówki z tymi, które są w pobliżu i mają nadmiar banknotów.

Nie byłoby jednak tego typu firm, gdyby nie dwa elementy. Pierwszy z nich to usługa geolokalizacji (początkowo wykorzystywana głównie w nawigacji), która otworzyła rynek dla takich firm, jak Uber: każdy potencjalny pasażer i kierowca to określona współrzędna geograficzna, które trzeba tak połączyć, by wszyscy byli zadowoleni. Drugim sprzyjającym czynnikiem są smartfony, które posiada dziś już ok. 60% polskiego społeczeństwa. W grupie młodych osób – a to oni będą decydować o przyszłości rynku usług – odsetek ten sięga już niemal 100%. Smartfon towarzyszy nam codziennie, w domu, pracy, podczas spotkań towarzyskich. Niemal połowa (46%) posiadaczy nowoczesnych telefonów korzysta z aplikacji mobilnych. Średnio mamy zainstalowane 17 „appek”, ale zazwyczaj używamy tylko 7 z nich. Nic więc dziwnego, że – jak powiedział Tom Goodwin, amerykański ekspert ds. strategii innowacji, felietonista „The Guardian” – we współczesnym świecie najcenniejszą nieruchomością jest ikona na stronie startowej. „Jeśli ją masz, masz licencję na drukowanie pieniędzy – do czasu, aż ktoś Cię z niej nie wypchnie”.

Sztuka dzielenia czy… mnożenia?

Uberyzacja 2

Uberyzacja nierozłącznie kojarzona jest z pojęciem sharing economy, czyli ekonomii dzielenia. Zarabiamy dodatkowo na tym, że dzielimy się swoim samochodem, pokojem, wolnym czasem, twórczością, wolnymi środkami na koncie. doradcza PwC sporządziła prognozę zmiany wartości przychodów sektorów, które (jak Uber czy Airbnb) tworzą „gospodarkę dzielenia się”, i zestawiła je z prognozowanym poziomem przychodów tradycyjnych firm oferujących usługi wypożyczenia. Do głównych segmentów ekonomii dzielenia się zaliczyła: mikropożyczki społecznościowe i crowdfunding, poszukiwanie pracowników i usługobiorców on-line, udostępnianie zakwaterowania, przewóz osób prywatnymi autami oraz dzielenie się muzyką i wideo w sieci. O ile w 2013 r. „dzielenie się” stanowiło ułamek rynku pożyczania, o tyle w 2025 r. oba te segmenty mają się zrównać pod kątem przychodów. Jej analitycy szacują, że w 2025 r. łączna wartość tych sektorów wyniesie 335 mld dolarów. Dla porównania, dziś generują one zaledwie 15 mld dolarów przychodów. Sektory ekonomii dzielenia się będą charakteryzować się znacznie wyższą dynamiką wzrostu niż tradycyjne usługi. Niektórych z nich – jak wypożyczalnie DVD – za dekadę może już nie być. PwC zakłada średnioroczne kurczenie się przychodów wypożyczalni o 5% rocznie, podczas gdy przychody ze streamingu muzyki i wideo w sieci do 2025 r. mają rosnąć średnio o 17% rocznie. Wypożyczalnie samochodów będą musiały w najbliższej dekadzie zadowolić się 2% przyrostu rocznie, podczas gdy przychody „uberopodobnych” firm transportowych co roku będą zwiększały się o 23% rocznie. Jeszcze większego zróżnicowania tempa wzrostu doświadczy segment zakwaterowania – 4% prognozowanego średniorocznego wzrostu przychodów tradycyjnych hosteli i hoteli B&B wygląda blado przy 31% dla branży reprezentowanej przez Airbnb. Największą dynamiką wykaże się jednak sektor mikropożyczek i crowdfundingu (63% średniorocznie w latach 2013-2025).

Uberyzacja - wykres 1

Podważanie dotychczasowych, tradycyjnych schematów biznesu przez „uberopodobne” firmy odbywa się na wielu poziomach. To nie tylko rewolucja technologiczna, ale i wyłom w podejściu do zatrudnienia, płatności, regulacji prawnych, oparciu marketingu niemal wyłącznie na obecności w mediach społecznościowych. Zasadne w związku z tym jest pytanie, czy mamy do czynienia z wielką innowacją ułatwiającą nam życie, czy długoterminową pułapką, którą jako społeczeństwo sami sobie stawiamy? W dłuższej perspektywie uberyzacja może powodować likwidację miejsc pracy, wywoływać jeszcze większą presję na cięcie kosztów, a więc i nasze płace. Nie należy też zapominać o tym, że będzie sprzyjać utrwaleniu podziałów w społeczeństwie. Nowocześni, sprytni, potrafiący robić użytek z nowych rozwiązań będą wydawać na określone usługi znacznie mniej niż osoby z technologicznego marginesu.

Pozostaje wreszcie pytanie o to, kto jest największym beneficjentem tej zakłócającej innowacji. Doceniając korzyści ekonomii dzielenia, nie możemy zapominać, że wtedy gdy my się dzielimy, mnoży się stan rachunku bankowego operatora danego systemu. Uber pobiera 20% każdego utargu kierowcy. Nieprzypadkowo jeden z felietonów poświęconych temu zjawiskowi opatrzono znamiennym tytułem „Podziel się z milionerem”. A Konrad Niklewicz (dyrektor zarządzający Instytutu Obywatelskiego) w niedawnym, głośnym tekście „Uberpułapka” napisał wprost: „Uber to symbol gospodarczego trendu, który podmywa wspólne bezpieczeństwo. W zamian za poczucie nowoczesności i iluzję lepszej usługi, osoby korzystające z Ubera nieświadomie sprzyjają rujnowaniu własnego państwa. Państwa, które oparte jest na współodpowiedzialności i solidarności społecznej. Filarów jakże wątłych w Polsce”. Istotnie, mocnym znakiem naszych czasów jest to, że takie firmy nie mają żadnego realnego majątku, nic nie tworzą – Uber nie ma własnej floty samochodów, Airbnb nie posiada własnych pokojów. Wspomniany już Tim Goodwin w jednym z artykułów zauważył celnie, że tego typu firmy są cieniutką warstwą, położoną na szczycie ogromnych systemów dostaw (gdzie generowane są koszty), a mającą bezpośredni dostęp do szerokiej rzeszy konsumentów (gdzie leżą profity). Z ich punktu widzenia – układ idealny. Wszelkich aktywów, budujących wartość i wielkość tych firm, dostarczają użytkownicy, czyli każdy z nas. Taka asymetria zaangażowania niesie też ze sobą dalekosiężne skutki – podatki odprowadzane przez korporacje taksówkowe czy hotele służą finansowaniu krajowych potrzeb, np. infrastrukturalnych. W modelu współczesnego „dzielenia się” zyski, a więc i podatki, wędrują za granicę. Czy to jeszcze ekonomia dzielenia czy już naiwność? Od odpowiedzi na to pytanie zależy w dużej mierze nasza akceptacja, a więc i przyszłość uberyzacji.

Warto jednak przyglądać się naturze sukcesu firm, takich jak Uber, by wykorzystywać te elementy w doskonaleniu swojego modelu biznesu. Wojciech Bolanowski, ekspert innowacyjności w bankowości (współtworzył m.in. mBank, dziś doradza PKO Bankowi Polskiemu), zachęca na swoim blogu do „uberowego” rachunku sumienia każdą firmę, która zmaga się z cyfrową konkurencją. Warto zadać sobie takie pytania, jak:

  • Czy masz aplikację mobilną? Jeśli nie, zrób ją jak najszybciej i najlepiej. Nie wolno żyć złudzeniami – to jest podstawowym sposobem dotarcia, komunikacji, sprzedaży i obsługi klientów posiadających smartfon.
  • Czy dajesz klientowi możliwość wyboru i oceny usługi? Narzędzia typu „oceń”, „poleć”, „skomentuj” (na wzór guzika „Lubię to”, na którym Facebook zbudował swój globalny sukces) są niezbędnym elementem mobilnych interfejsów biznesowych. Nowocześni, mobilni klienci mają potrzebę kształtowania usługi, wpływania na biznes, charakteryzują się chęcią interakcji z firmą oraz wyrażeniem swojej opinii.
  • Czy całościowo kontrolujesz płatności klientów? Świat Ubera i jego następców nie uznaje gotówki, akceptuje tylko cyfrowe pieniądze. Ta podyktowana jest nie tylko chęcią redukcji kosztów i strat czy nieuniknionymi nieprawidłowościami. Bardzo ważne jest objęcie kontrolą i analizą całości zachowań transakcyjnych klientów. Uber rozciągnął ten nawet na napiwki wręczane swoim kierowcom. Dzięki temu łatwiej można określić wartość danego klienta, jego preferencje, profil zachowań zakupowych, ale także jakość i atrakcyjność poszczególnych usług i pracowników (w tym przypadku – kierowców).
Autor:Małgorzata Remisiewicz 


powrót | do góry | strona główna | kalendarium | regulamin serwisu | pliki cookies | kontakt
Portal jest współfinansowany przez Unię Europejską w ramach środków Europejskiego Funduszu Społecznego.

© 2005-2018 Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości