Portal Finanse Firma Klastry Instytucje Promocja Polityka
Wywiady
2010/09/20 10:53:21
Od innowacji do sukcesu

Innowatorzy są często kiepskimi biznesmenami. W laboratoriach czy przed ekranem komputera osiągają fantastyczne rezultaty, ale kompletnie nie radzą sobie na spotkaniu z inwestorem” – o korzyściach wynikających z pracy w Dolinie Krzemowej, roli państwa w rozwoju innowacji oraz o mądrych i głupich pieniądzach w rozmowie z Krzysztofem Garskim opowiada David Frazee, prawnik z amerykańskiej kancelarii K&L Gates LPP, specjalizujący się w obsłudze firm z sektora nowoczesnych technologii.

Niewiele polskich firm wierzy, że na własności intelektualnej można zarobić. Statystyki pokazują, że na milion mieszkańców Polski przypadają jedynie niecałe 4 wynalazki zgłoszone do Europejskiego Urzędu Patentowego (średnia dla całej UE przekracza 100) i tylko 0,6 patentu udzielonego polskim wynalazcom przez Amerykański Urząd Patentowy (średnia dla krajów Unii wynosi ponad 50 patentów). Jak możemy zmienić tę niekorzystną sytuację?

Potrzebujecie przede wszystkim wielu przykładów firm, które osiągnęły sukces dzięki skutecznemu zarządzaniu własnością intelektualną. Jeśli dane zarabia, bo posiada w swoim portfolio atrakcyjne rynkowo patenty, to taki sukces działa motywująco na otoczenie. Przedstawiciele branży czy anioły biznesu zaczynają się wtedy zastanawiać: a może rzeczywiście inwestowanie w badania i rozwój nie jest, tak jak się nam wcześniej wydawało, stratą czasu i pieniędzy, ale realną szansą na wyprzedzenie konkurencji i atrakcyjną stopę zwrotu?

Wspomniane przez Pana porównanie statystyk faktycznie nie wygląda najlepiej, ale warto pamiętać, że znaczna część patentów nie ma żadnej wartości komercyjnej. Po pierwsze, są zbyt „tanie” – łatwo je obejść albo nie ma w nich wartości dodanej, która przełożyłaby się na realne wykorzystanie w biznesie. Po drugie, wielu wynalazców nie interesuje się swoimi patentami – nie aktualizują swoich projektów, a tymczasem szybko posuwa się naprzód i to, co było przełomowym wynalazkiem dwa lata temu, dziś może już nie mieć większej wartości.

Co powoduje, że współpraca wynalazców i inwestorów w USA układa się lepiej niż w innych krajach?

Stany Zjednoczone mają długą historię współpracy biznesu ze sferą naukową. Pozwoliło to nam wypracować swego rodzaju kulturę innowacyjności: dostępne są liczne studia przypadków sukcesu, obszerny w zakresie transferu technologii, a wreszcie – indywidualne doświadczenie wielu osób (przedsiębiorcy, inwestorzy, naukowcy itd.), które przekonały się, że inwestycje w nowe technologie mogą przynieść wymierne korzyści. Myślę, że w podobny sposób będzie to wyglądało za jakiś czas także w Polsce, choć jesteście dopiero na początku tej drogi. Także u was z czasem powstaną takie tradycje, a biznes bardziej otworzy się na innowacje. Przyjeżdżając do Krakowa [nasza rozmowa odbywa się w trakcie sympozjum o własności przemysłowej w innowacyjnej gospodarce – dop. KG], nie spodziewałem się, że spotkam tu tylu przedsiębiorców i naukowców, aktywnie zainteresowanych rozwojem nowoczesnych technologii. Oczywiście, samo zainteresowanie nie wystarczy, by zacząć czerpać profity z ochrony własności intelektualnej. Najpierw potrzebne są, często bardzo kapitałochłonne i ryzykowne, inwestycje w rozwój danego przedsięwzięcia. Ale i pod tym względem jestem optymistą. Po wielu latach transformacji polskiej gospodarki, zaczyna się w waszym kraju intensywnie rozwijać branża , co jest także jednym z dowodów na to, że Polska dołącza do grupy krajów o rozwiniętej ekonomice. Sektor to jedno z głównych źródeł finansowania innowacji w Stanach Zjednoczonych i nie widzę powodu, dla którego nie miałby pełnić podobnej roli także w Polsce. Ważną kwestią w budowaniu gospodarki opartej na innowacjach jest też istnienie silnej i cieszącej się zaufaniem giełdy, która pozwala funduszom na wyjście na korzystnych warunkach z inwestycji w zaawansowane technologicznie firmy.

Chciałbym też podkreślić, że polskie firmy mają szeroki dostęp do finansowania pochodzącego z Unii Europejskiej – warto pamiętać, że przedsiębiorstwa z większości krajów spoza UE mogą jedynie marzyć o takim zakresie wsparcia ze środków publicznych. Dlatego korzystanie z nich warto uczynić jednym z elementów budowania przewagi konkurencyjnej polskich firm zaawansowanych technologii.

Od czasu do czasu spotykam w prasie artykuły, które podają w wątpliwość efektywność wsparcia z Unii Europejskiej dla polskich innowacji. Czy bardziej do rozwoju innowacji przyczyniają się środki publiczne czy też te pochodzące od inwestorów prywatnych?

Źródło, z którego pochodzą pieniądze na innowacje, ma tak naprawdę drugorzędne znaczenie. To, czy spółka otrzyma środki z Unii Europejskiej czy na przykład od anioła biznesu, nie determinuje powodzenia inwestycji. Dużo ważniejszy jest sposób zarządzania pieniędzmi i właściwe określenie celów, które mają finansować. Osobiście wolę dzielić pieniądze na „mądre” i „głupie” (smart money i dumb money). Dumb money to pieniądze, za którymi nie stoi żadna wartość dodana – inwestor nie posiada wiedzy, by ocenić czy dany pomysł jest rzeczywiście innowacyjny i nie pomaga spółce w podnoszeniu jej wartości rynkowej, bo zwyczajnie nie ma takich kompetencji. Z moich obserwacji wynika, że korzystanie z dumb money często kończy się biznesową porażką. Bardziej wyszukaną formą finansowania innowacji okazują sięsmart money. Inwestor dostarcza środki na rozwój firmy, ale oprócz tego służy też swoją wiedzą i doświadczeniem. Tego typu inwestycje mają dużo większą szansę na powodzenie, czyli stworzenie firmy o solidnych fundamentach rynkowych. Szeroki dostęp start-upów do smart money jest właśnie jedną z przyczyn, dla których Dolina Krzemowa już od tylu lat może zajmować pozycję lidera w obszarze nowoczesnych technologii.

Miejmy nadzieję, że dwuetapowy proces inwestowania środków z UE w rozwój najmniejszych firm (więcej piszemy o nim w artykule „Zanim urośnie, trzeba zasiać”) będzie można zaliczyć właśnie do kategorii smart money. Co jeszcze decyduje o udanym rozwoju gospodarki opartej na wiedzy?

Jeśli połączymy trzy wspomniane wcześniej elementy – przedsiębiorczość, potencjał środowiska naukowego oraz dostęp do finansowania – to nie ma innej opcji, innowacje zaczną odgrywać coraz większą rolę w polskiej gospodarce. Ostrożnie szacując, można przyjąć, że Polska potrzebuje jeszcze około 20 lat, żeby zbudować w pełni dojrzałą gospodarkę opartą na wiedzy. Mniej więcej tyle czasu potrzeba, żeby pomysły, które dziś zaczynają się rodzić w naukowych laboratoriach, trafiły do przemysłu i rozwinęły się w dojrzałe przedsięwzięcia biznesowe, generujące miejsca pracy oraz zyski dla akcjonariuszy. Podobnie wyglądał ten proces w Dolinie Krzemowej. W pierwszej połowie lat 50. zaczęły się w niej pojawiać laboratoria zaawansowanych technologii [wtedy też powstał Stanford Industrial Park – uważany za jeden z pierwszych na świecie parków technologicznych – dop. KG], 15 lat później Doliną Krzemową zainteresowały się fundusze , zaś prawdziwy boom na kapitał VC w Dolinie Krzemowej wybuchł w latach 80., po bardzo udanych debiutach giełdowych kilku działających tam spółek.

W Polsce panuje dość odległy od rzeczywistości mit USA jako kraju idealnie liberalnego, w którym państwo nie miesza się do gospodarki, i gdzie sukces w biznesie zależy wyłącznie od talentu i pracowitości. Czy innowacje w Stanach Zjednoczonych są faktycznie finansowane wyłącznie przez prywatnych inwestorów?

Faktycznie, w Ameryce wciąż popularny jest mit o karierze od pucybuta do milionera. Owszem, takie przypadki się zdarzały i pewnie nadal będą się zdarzać, ale w przypadku komercjalizacji innowacji na szeroką skalę rzeczywistość okazuje się bardziej skomplikowana. Choć mówi się o tym niewiele, to nawet u źródeł sukcesu Doliny Krzemowej leży historycznie wsparcie ze strony państwa, udzielane przede wszystkim w formie finansowania badań prowadzonych przez wojsko. Paradoksalnie, powstanie i rozwój Doliny Krzemowej okazały się jedną z największych korzyści zimnej wojny.

Zwycięstwo nad Związkiem Radzieckim było możliwe dzięki uzyskaniu przez USA przewagi na polu rozwoju najnowszych technologii. Wojskowe laboratoria poszukiwały rozwiązań, które umożliwiałyby wyprzedzenie Rosji. Ale często okazywało się, że wynalezione technologie stanowią także okazję do rozwoju biznesu. Dziś satelity kojarzą nam się główne z szybką i bezproblemową komunikacją z całym światem, dostępem do tysięcy kanałów telewizyjnych czy z usługami takimi jak Google Earth, ale przecież wynaleziono je w wojskowych laboratoriach na użytek programu podboju kosmosu, wyłącznie po to, żeby w razie ewentualnej wojny skuteczniej walczyć z Armią Czerwoną!

Okazuje się, że zagrożenie konfliktem zbrojnym może całkiem nieźle przyczynić się do podniesienia innowacyjności gospodarki danego kraju.

Tak rzeczywiście działo się w przeszłości, ale wątpię, czy dziś ten rozwoju innowacji mógłby nadal sprawnie funkcjonować. Armia nie zawsze wydawała pieniądze efektywnie i – choć dostarczyła wielu zaawansowanych technologii dla przemysłu cywilnego – to raczej nie będzie dobrym partnerem dla małych i średnich firm, zainteresowanych komercjalizacją technologii.

Nie sposób nie docenić historycznej roli, jaką państwowe inwestycje w sektor wojskowy i pracujące na jego rzecz uniwersytety oraz jednostki naukowe odegrały w tworzeniu fundamentów dzisiejszej Doliny Krzemowej. Jednakże najważniejsza rola w rozwijaniu innowacji przypada dziś prywatnym przedsiębiorstwom. Na marginesie dodam, że armia jest zresztą stale obecna w Dolinie Krzemowej, choć może opinia publiczna nie słyszy o efektach działania jej laboratoriów tak często jak na przykład o pracach nad nowym modelem iPhone’a.

Rozmawiamy o wielkich i bardzo kosztownych wynalazkach, takich jak statelity. Czy to oznacza, że tylko duże firmy mają szansę prowadzić działalność innowacyjną?

Jestem przekonany, że to małe firmy są dużo bardziej innowacyjne niż największe przedsiębiorstwa, które co prawda posiadają ogromne środki na prowadzenie badań, ale chętnie zapominają o swoich korzeniach – o tym, że właśnie innowacje pozwoliły im urosnąć. Mała stawia na kreatywność, odważną strategię, wprowadzanie nowości do swojej oferty, ale gdy już odniesie sukces, natychmiast staje się bardziej konserwatywna i sceptyczna wobec komercjalizacji przełomowych technologii [szerzej opisuje to zjawisko książka „Przełomowe innowacje” Claytona M. Christensena, którą recenzowaliśmy na Portalu Innowacji w artykule „Paradoks innowacji” – dop. KG].

To zaskakujące, jak często firmy, które mają wszelkie przesłanki do tego, aby podejmować ryzyko innowacji (kapitał, rozpoznawalną markę czy dostęp do najlepszych laboratoriów), starają się go za wszelką cenę uniknąć. Jeśli dokładnie przyjrzymy się listom największych firm na świecie, to przekonamy się, że naprawdę rzadko kiedy dokonują one przełomowych odkryć, które zmieniają bieg wydarzeń w danej branży. Przecież Google czy Facebook to dzieła start-upów, a nie wielkich korporacji. 

Wychodzi na to, że największe firmy, zamiast inwestować w nowe, przełomowe rozwiązania, wolą po prostu kupić innowacyjny pomysł na wolnym rynku, a następnie sprzedawać go pod własną marką.

Nawet i to nie zawsze. Wiele dużych firm żyje w przekonaniu o własnej doskonałości – ich szefowie wierzą w to, że wyznaczają trendy na rynku, a sam marketing może zastąpić inwestowanie w ryzykowne innowacje. W gruncie rzeczy niewiele jest w światowej gospodarce wielkich firm, takich jak Procter&Gamble, które przyjmują założenie, że 50 proc. nowych produktów powstanie w oparciu o technologie i rozwiązania zakupione na wolnym rynku. Jestem głęboko przekonany, że w długiej perspektywie sukces będą w stanie odnosić tylko te firmy, które w sposób świadomy uwzględnią wdrażanie innowacji w swojej strategii biznesowej.

Inna sprawa, że duże firmy często nie chcą rozmawiać z małymi, innowacyjnymi start-upami. Przedstawiciele korporacji często wręcz nie potrafią sobie wyobrazić, by spółka założona przez trzech studentów mogła im w jakikolwiek sposób pomóc w prowadzeniu biznesu. Jednocześnie, także właściciele małych firm często nie potrafią rozmawiać językiem dużych korporacji. Zgłosił się do mnie kiedyś start-up, który bez powodzenia dobijał się do drzwi gigantów rynkowych z pewną technologią, która pozwalała ograniczyć świadczenia usług. Sama była bez zarzutu – właściciele firmy mogli godzinami opowiadać o szczegółach technicznych, ale nie potrafili wyjaśnić, jakie korzyści z jej wdrożenia odniosą akcjonariusze korporacji.

Sama , choć ważna, nie pozwala odnieść sukcesu w biznesie. Co jeszcze jest potrzebne, żeby zacząć zarabiać na innowacjach?

Głęboko wierzę w innowacje, bo to one pozwalają wykreować miliardy dolarów dosłownie z niczego. Nie zamieniłbym pracy w Dolinie Krzemowej na zajęcie w innym miejscu, bo właśnie Dolina dostarcza mnóstwa przykładów na to, że kreatywność i odwaga w realizowaniu swoich pomysłów może przynieść fantastyczne rezultaty. Zaznaczam jednak, że pomysł na innowację to tylko początek drogi do sukcesu. Pracowałem z wieloma start-upami – jedne z nich odnosiły sukces, debiutując na giełdzie, inne bankrutowały. Te doświadczenia pozwoliły mi zauważyć, że oprócz innowacji liczą się też inne czynniki – umiejętność realnego określenia zapotrzebowania rynku na nowy produkt lub usługę, zaplanowanie odpowiedniej strategii cenowej, stworzenie zespołu skoncentrowanego na wspólnym celu i sprawne zarządzanie prawami własności intelektualnej.

Innowatorzy są często kiepskimi biznesmenami. W laboratoriach czy przed ekranem komputera potrafią osiągać fantastyczne rezultaty, ale kompletnie nie radzą sobie na spotkaniu z inwestorem finansowym czy w codziennym zarządzaniu zespołem i budżetem. Dlatego kluczowym czynnikiem sukcesu jest znalezienie przez innowacyjną firmę skutecznego menedżera-wykonawcy, który zapanuje nad zespołem, poprowadzi negocjacje z inwestorem, ale przede wszystkim będzie twardo pilnował budżetu i harmonogramu wprowadzenia na rynek nowego projektu. Na rynku wygrywają bowiem nie pomysły najlepsze „obiektywnie”, ale takie, które są najskuteczniej wdrażane w praktyce. wymaga dyscypliny i skoncentrowania na osiągnięciu celu, bo nikt zachwyci się nawet najwspanialszym pomysłem, którego nie udało się przełożyć na praktyczne zastosowania rynkowe.

Inne artykuły na Portalu Innowacji dotyczące tematyki wywiadu:

Paradoks innowacji

Międzynarodowa szansą dla polskich uczelni

: nowe otwarcie

Zanim urośnie, trzeba zasiać

David Frazee jest prawnikiem w kancelarii K&L Gates LLP, zatrudniającej ponad 2 tys. specjalistów w 36 biurach na całym świecie (od marca br. działa także w Warszawie). David Frazee specjalizuje się we współpracy z firmami z obszaru nowoczesnych technologii, pomagając im m.in. w tworzeniu strategii biznesowych oraz w zarządzaniu własnością intelektualną. Uczestniczył w obsłudze transakcji o łącznej wartości 750 mln dol. Doradza firmom w pozyskiwaniu kapitału od funduszy , od inwestorów branżowych oraz z giełdy. 

Autor:Krzysztof Garski 

Napisz do autora

 


powrót | do góry | strona główna | kalendarium | regulamin serwisu | pliki cookies | kontakt
Portal jest współfinansowany przez Unię Europejską w ramach środków Europejskiego Funduszu Społecznego.

© 2005-2018 Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości